Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 02.djvu/219

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wnie się zgadzali, że nieraz wydawało się, jakby głos Olympii wychodził z własnych piersi Nathanaela. Nawet potroszę i tak być musiało; gdyż ile wiadomo, Olympia wymawiała tylko wyrazy któreśmy wyżej przytoczyli.
Niekiedy wprawdzie, w chwilach opamiętania dziwiło go uparte milczenie dziewczyny i bierność umysłowa; ale i wtedy odpędzał od siebie wszelkie rozumowanie, jako rzecz niegodną, i mówił sobie:
— Słowa? cóż mi słowa! Jedno spojrzenie jej czarownej źrenicy, sto razy więcej mówi niż najwymowniejsze wyrazy. I czyż istocie tyle nieziemskiej, stosować się do tych lichych warunków, w których wykręca się jakby w ciasnem kole biedny nasz byt ziemski?
Spallanzani zdawał się wielce sprzyjać stosunkom Nathanaela z jego córką, i kiedy ten ostatni zdobył się razu pewnego mówić z nim w słowach pełnych trwogi i nadziei o możebności jeszcze wzmocnienia tych stosunków, stary profesor, zachwycony do najwyższego stopnia, uśmiechnął się tylko przyjaźnie, ściskając mu rękę, i oświadczył: iż pozostawił córce całkowitą swobodę w tym względzie.