Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 02.djvu/203

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


coraz ognistsze, coraz krwawsze, coraz dziksze, coraz nieubłagańsze, raziły wzrok, mroziły serce w piersiach Nathanaela.
— Dosyć! dosyć, straszliwy człecze! — zawołał wreszcie, odchodząc od siebie ze zgrozy.
Mówiąc to, rozpaczliwie przytrzymywał rękę swego prześladowcy, który wyciągał całe garście, jakbądź nie było kłaść już i na czem; Coppola wyrwał mu rękę, chichocząc w sposób przeszywający dreszczem.
— A! to pan sobie tego nie życzy! nie wiedziałem, przepraszam, — rzekł pośpiesznie. No, ale ja tu mam inne szkiełka, bardzo piękne...
Przez ten czas pozbierał był i pochował wszystkie okulary, i sięgnąwszy do innej kieszeni, zaczął z niej wyjmować lornetki i perspektywy.
Jak tylko okulary poznikały ze stołu, Nathanael uspokoił się w zupełności. Pomyślał o Klarze, i przekonał się natychmiast: że wszystkie złe wrażenia miały tylko źródło w nim samym, i, że Coppola nie był żadnym strachem, ani tembardziej przypomnieniem przeklętego Koppeliusa, ale przeciwnie uczciwym sobie mechani-