Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 02.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Edmund przyjął zrobioną mu propozycyę i jakiego doznał uczucia, gdy się dowiedział, że to Albertyna sama namówiła ojca, aby go wybrał dla tego portretu. Naturalna więc rzecz, że, widząc niepokój radcy co do wymaganej ceny, Edmund zawołał, że nie chce żadnego wynagrodzenia, gdyż czuje się aż nadto szczęśliwy, że będzie mógł użyć swych pędzli do malowania człowieka tak wybitnego, jak pan radca Voswinkel.
— Wielki Boże, — rzekł zdumiony radca — cóż to ja słyszę, drogi panie Edmundzie? Jakto, żadnego wynagrodzenia! Nawet fryderyksdora za płótno i farby?
Edmund opowiedział z uśmiechem, że to drobnostka, o której niema potrzeby mówić.
— Ale — rzekł radca głosem słodkawym, — pan może nie wie, że tu idzie o portret wielkości naturalnej?
— Nic to nie znaczy — odparł Edmund.
Na te słowa radca rzucił się w ramiona młodego malarza i ze łzami rozrzewnienia w oczach, mówił:
— Ojcze Niebieski! więc jeszcze są na tym złym świecie dusze tak szlachetne i tak podniosłe! Dajesz mi swoje cygara,