Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 01.djvu/84

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


słowa, zgubna trucizna, którą wyssałem z owych pocałunków, budziła się i wrzała we wszystkich tętnach, we wszystkich moich nerwach. Panna Adelajda weszła. Wściekłość wewnętrznej walki, spłynęła we łzach gorących, których powstrzymać nie byłem w stanie. Adelajda ździwiona spojrzała na mnie i uśmiechnęła się dwuznacznie. Byłbym ją udusił ze złości. Baronowa podała mi rękę i rzekła z nieopisaną dobrocią:
— Żegnam cię, drogi przyjacielu; pamiętaj pan, że nikt lepiej nie rozumiał pańskiej muzyki ode mnie.
Ach, te słowa będą długo, długo dźwięczały w mej duszy.
Wyjąkałem kilka, bez związku, niedorzecznych wyrazów, i pobiegłem do mieszkania. Dziadek już spoczywał. Zatrzymałem się w sali, padłem na kolana i głośno płakać zacząłem, wzywając imienia ukochanej, jednem słowem, oddałem się wszystkim niedorzecznościom miłosnego szału. Dopiero wezwanie dziadka, który się zbudził, opamiętało mnie.
— Kuzynku, ja myślę, żeś albo zwaryował, albo znów potykasz się z wilkiem. Ruszaj mi zaraz do łóżka, jeżeliś łaskaw!