Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 01.djvu/75

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zapadającym zmroku, zaledwie na sześć kroków przed sobą widziałem. Zziębły porzuciłem stanowisko i schroniłem się w głąb lasu. Wziąwszy fuzyę pod pachę, oparłem się o jakieś drzewo i zapomniałem o polowaniu: myśl poniosła mnie do Serafiny, do jej ustronnego pokoju. Wtem zdaleka padły strzały i w tej samej chwili coś poruszyło się w zaroślach trzcinowych, i na jakieś dziesięć kroków od siebie ujrzałem ogromnego wilka, który chciał koło mnie przebiedz. Zmierzyłem, wystrzeliłem... i chybiłem, byłbym więc zgubiony, gdybym nie miał tyle przytomności, iż wydobyłem kordelas i bestyi, która mnie rozszarpać chciała, wpakowałem go w gardło, krew trysnęła i obryzgała mi rękę i ramię. Jeden ze strzelców barona, który stał niedaleko ode mnie, nadbiegł przerażony; na powtórzony sygnał myśliwski, wszyscy koło nas się zebrali. Przystąpił do mnie baron.
— Na miłość Boską, pan we krwi broczysz? Czyś raniony?
Upewniłem go, że nic mi się nie stało, wtedy napadł na strzelca, który był przy mnie, i wyrzucał mu, że nie wystrzelił, kiedy ja chybiłem. A chociaż ten