Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 01.djvu/70

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ach, muszę już tam iść, — rzekła smutnie baronowa.
Powstałem od fortepianu.
— Panu zawdzięczam tę przecudną godzinkę, którą zaliczę do najmilszych chwil, jakie w K. przeżyłam. — Mówiąc to, baronowa podała mi rękę; gdy ją w najwyższym zachwycie do ust przyciskałem, czułem jak przyśpieszone tętna uderzały w jej palcach. Nie wiem już potem, jak się dostałem do pokoju dziadka, a następnie poszedłem na bal.
Żył niegdyś Gaskończyk, który lękał się walki, bo każda rana miała być dla niego śmiertelną, gdyż cały był sercem. Do niego mogłem się i ja i każdy w mojem usposobieniu porównać, bo tu każde wzruszenie staje się śmiertelnem. Ręka baronowej, jej pałające palce, dotknęły mnie jak zatrute strzały: krew wrzała mi w żyłach.
Dziadek, chociaż wcale się mnie nie wypytywał, zaraz nazajutrz wystąpił z historyą wieczora, który z baronową przepędziłem. Dotknęło mnie to wielce, ale opowiadał wesoło, śmiejąc się; nagle spoważniał i rzekł:
— Proszę cię, kuzynku, przestań tej niedorzeczności, która cię tak silnie opanowa-