Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 01.djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


niego, to wielce przesadzasz, a chciałbym wiedzieć, dlaczego ci się wydaje tak nieprzyjemnym?
Mówiąc te słowo, stary uśmiechał się szyderczo; krew jak ukrop gorąca na twarz mi wybiła. Musiałem nie zbyt jasno czytać we własnem sercu, skoro nie poznałem, że owa dziwna nienawiść zrodziła się z miłości, albo raczej z ukochania istoty, która wydała mi się najmilszą i najwspanialszą, jaka kiedykolwiek ukazała się na ziemi. Tą istotą był nie kto inny, tylko sama baronowa. Gdy tylko przyjechała i szła przez pokoje w sobolowem futrze, które dokładnie odznaczało jej cudne kształty, mając głowę zakrytą bogatą zasłoną, zjawieniem swojem wywarła na mnie urok potężny, niczem nieprzeparty. Do tego przyczyniła się i ta okoliczność, że stare ciotki w sukniach i fontaziach bardziej cudacznych, niż dotąd widziałem, dreptały koło niej z obudwu stron, szczebiocząc swoje powitania francuskie, gdy ona, baronowa, z nieopisanym wdziękiem w koło siebie spoglądała, kłaniając się mile już temu już owemu. A gdy jeszcze wkrótce przemówiła czystym dyalektem niemieckim, to