Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 01.djvu/195

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Twarz Antonii pokryła się świetnym blaskiem; oczy jej zabłysły, żywo poskoczyła do fortepianu i otworzyła usta.
W tej samej chwili Crespel wziął mię za ramiona i rzekł mi głosem wstrząśnionym: Dziecko, dziecko! — poczem mówił dalej miarowo, kłaniając mi się z głębokim szacunkiem: — „Uchybiłbym niewątpliwie, mój wielce szanowny panie, wszelkim konwenansom i zwyczajom grzeczności, gdybym powiedział głośno, aby cię swymi ognistymi szponami dyabeł porwał natychmiast i uniósł na samo dno przepaści. Ale nie idąc tak daleko, przyznasz, mój najmilszy, że noc jest bardzo ciemna i że, ponieważ latarnie są niezapalone, jeżeli nawet nie wyrzucę cię przez okno, zechcesz swoje ciało i kości zdrowo sprowadzić na sam dół klatki schodowej. Weź zatem tę świeczkę, idź w spokoju do domu i pamiętaj o tem, że masz we mnie przyjaciela tkliwego i oddanego, choć już nigdy, rozumiesz, nigdy! nie zobaczysz mnie tu, w mojem mieszkaniu“.
To rzekłszy, ucałował mię i powoli skierował ku drzwiom, trzymając mię w ten sposób, że nie mogłem już ani razu zobaczyć spojrzenia Antonii.