Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 01.djvu/182

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


krzesło, aby zdjąć obraz ze ściany, poczem go z powrotem zawiesił. Mówił wiele i żywo, przeskakując od przedmiotu do przedmiotu; poczem przyczepiał się do jakiejś myśli i wracał do niej tysiącem nawrotów, tysiącem szczególnych sposobów, gubiąc się sam w swoich odskokach, aż nakoniec inna myśl nim owładnęła. Głos jego był już to surowy i gwałtowny, już to żałosny i stopniowany, a zawsze w niezgodzie z mową. Mówiono o muzyce i chwalono bardzo nowego kompozytora. Crespel zaczął się śmiać i zawołał tonem jakby psalmodyi: Chciałbym, aby go szatan na czarnych skrzydłach porwał na dziesięć tysięcy milionów łokci, w głąb otchłani bezdennej, aby porwał — tego przeklętego układacza nut!
Poczem dodał głosem twardym i rozdraźnionym:
— Ona... to anioł niebiański... to akord czysty, to harmonia boska, światło i gwiazda śpiewu...
Trzeba było sobie przypomnieć, że godzinę temu mówiliśmy o sławnej śpiewaczce.
Podano pieczeń zajęczą; zauważyłem, że Crespel starannie odkładał kości z bo-