Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 01.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dować raczej będę tego z mych przodków, który w zielonej dolinie, położył fundament do nowego zamku, i wszystko do tego przygotował.
— Tak więc — odezwał się Daniel nawpół głośno — to i starzy słudzy będą musieli pójść z torbami.
Na to odparł baron:
— Że bezsilnych, powłóczących nogami starców nie wezmę do usług, to się rozumie samo przez się, ale wyganiać nikogo nie będę. Gdy nie będziecie mieli nic do roboty, będzie wam smakował chleb łaskawy.
— Ja? — zawołał stary z boleścią — ja mam być marszałkiem i żadnej służby nie pełnić?
Na to baron, który już chciał wyjść z sali, odwrócił się do starego i zaczerwieniony z gniewu, z zaciśniętą pięścią, przyskoczył do niego i krzyknął straszliwym głosem:
— Ty stary, obłudny łotrze, któryś z moim obałamuconym ojcem sam jeden na górze się zamykał, któryś w jego serce wpił się jak wampir, i być może zbrodniczo korzystał z jego szaleństwa, któryś wpływał na jego piekielne postanowienie,