Strona:Dzieje Baśki Murmańskiej.djvu/49

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kiem skórę z zabitej Baśki, otarł tylko krwawą ręką uznojone czoło i odpowiedział:
— A niedoczekanie wasze! Nie znacie prawa pisanego? Moja jest, bom ją z narażeniem miłego żywota na własnym groncie upolował. Nie dam!
— Twardy jest naród tutejszy! — zawołał na taką odpowiedź zdesperowany Smorgoński. — Niema co, chłopaki. Do broni!...
Na to hasło żołnierze rozgrodzili w okamgnieniu pobliski płot, gdyż karabinów ze sobą nie wzięli, i na łbie ojca Wawrzona i jego synów, i kumów, i sąsiadów, wypisali ze wściekłością, — z furją jakoby całego bataljonu, rzucającego się wręcz do ataku z nastawionym bagnetem, — swoje murmańskie, niezawodne, idące przed wszelkiem innem prawem, wojenne prawo.
Zaczem Baśkę, odbitą z chłopskich rak, włożyli na te same kije, któremi pokonali chłopów, i ponieśli ją ku łodzi, zostawionej przy brzegu, struci żalem i smutkiem, jak na pogrzebie rodzonej siostry.
Tego dnia przy raporcie wieczornym kapral Smorgoński meldował Dowódcy Baonu, pułkownikowi Skokowskiemu:
— Panie pułkowniku, melduję posłusznie, że tutejsze polskie chłopy rozparcelowali dzisiaj naszą Baśkę na flaki... żeby Pan Bóg skarał ich ciężko za naszą krzywdę i sieroctwo!...


∗             ∗