Strona:Dzieje Baśki Murmańskiej.djvu/45

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


żonych strzech wzdychała w niebo błękitnemi bukietami dymów.
Podczas jednej z takich wycieczek, w której, prócz Baśki i Smorgońskiego, wzięło jeszcze udział kilku żołnierzy, zachodziło właśnie słońce, sadowiąc się hen za rzeką na pokryte śniegiem pola, tam, gdzie daleki las siną taśmą wił się wzdłuż widnokręgu.
Leżąca u stóp Wisła w purpurze i fioletach, urwisty brzeg i śnieżne pola, okryte jakoby ruchliwemi grzędami różowych i fiołkowych kwiatów, sina smuga dalekiego lasu, — wydały się nagle Baśce czemś ogromnie znanem, drogiem, utęsknionem: rzeka — zatoką morską, gdzie się niegdyś pływać nauczyła, urwisty brzeg i pola w barwnem świetle — murem lodozwałów, siny las — oceanem, daleko, daleko szumiącym...
Wołanie wiecznej natury, jednakiej w swej potędze od bieguna do bieguna ziemi, wzywało swe dziecię, zabłąkane wśrod ludzi, do powrotu.
I Baśka, podobnie jak wówczas, dwa lata temu, poczuła znów wielką tęsknotę, szaloną chęć do pójścia, do popłynięcia naprzód, gdzie oczy poniosą, w szeroki świat, morskiem bezdrożem.
Urwała się z łańcucha, wpadła do Wiślanej wody, jak burza, i rycząc radośnie, popłynęła skroś gęstą krę ku przeciwnemu brzegowi.
Żołnierze, lękając się o jej los, kopnęli się na poszukiwanie łodzi.
Tymczasem Baśka wydostała się była już na tamten brzeg i pobiegła zrazu w stronę dalekich lasów — ku urojonemu oceanowi. Lecz po chwili zmie-