Strona:Dzieła Wiliama Szekspira T. IX.djvu/190

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
184
TROILUS I KRESYDA.

Tersytes. Drogi wychodku! Drogi — powiada? Drogi ustępie, drogi kauale!

Achilles. Dobranoc odchodzącym, powitanie
Tym, co przychodzą!
Agamemnon. Dobranoc.

(Agamemnon i Menelaus odchodzą).

Achilles. Ojcze Nestorze i ty Dyomedzie,
Zostańcie, towarzyszyć Hektorowi.
Dyomedes. Nie mogę, książę, z powodu spraw ważnych.
Dobranoc życzę księciu Hektorowi.
Hektor. Podaj mi rękę.
Ulisses (do Troiia). On do Kalchasa idzie, pospiesz za nim.
Ja z tobą.
Troilus. Nazbyt wiele czci w tem dla mnie.
Hektor. Dobranoc zatem.
Achilles. To mój namiot. Wejdźmy!

(Odchodzi z Hektorem w towarzystwie Ajaksa i Nestora).

Tersytes. Fałszywy szelma ten Dyomedes, nicpoń! Gdy daje, tak samo mu nie wierzę, jak wężowi, gdy syczy. On rozdziawia pysk swój tak szeroko dla przyrzeczeń, jak pies, gdy szczeka; ale gdy spełni którą ze swych obietnic, augurowie mówią: „Zdarzył się cud, niezawodna wróżba wielkiego przewrotu“. Słońce zapożycza się w światło u księżyca, gdy Dyomedes dotrzyma słowa. Wolę raczej wyrzec się widoku Hektora, a tropić tego gagatka. Powiadają, że ma on dla siebie trojańską dziewkę, a trzyma ją w domu zdrajcy, Kalchasa. Pójdźmy za nim — Ze też wszędzie patrzeć tu muszę na nierząd i widzieć samych tylko oczajduszów.

(Odchodzi).
SCENA DRUGA.
Przed namiotem Kalchasa.
Wchodzi DYOMEDES.

Dyomedes. Nie spicie jeszcze. Hejże! Odpowiedzcie!
Kalchas (ze środka). Kto tam?