Strona:Dzieła Wiliama Szekspira T. IX.djvu/14

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
8
MIARKA ZA MIARKĘ.



SCENA. DRUGA.
Ulica.
Wchodzi LUCYO i DWAJ SZLACHCICE.

Lucyo. Jeśli książę i inni książęta nie pogodzą się z królem węgierskim, to wszyscy książęta rzucą się na króla.
Pierwszy szlachcic. Oby nam niebo dało swój pokój, ale nie pokój króla węgierskiego.
Drugi szlachcic. Amen.
Lucyo. Kończysz, jak ów świętobliwy korsarz, który z dziesięciorgiem przykazań udał się na okręt ale jedno wyskrobał z tablicy.
Drugi szlachcic. Nie kradnij?
Lucyo. Tak jest! to właśnie wyskrobał.
Pierwszy szlachcic. To takie było przykazanie, które kapitanowi i jego czeredzie przykazywało wyrzec się własnego rzemiosła: boć wypłynęli na to, żeby kraść. Śród nas, żołnierzy, nie ma ani jednego, któryby, odmawiając modlitwę przedobiedną, smakował w prośbie, błagającej o pokój.
Drugi szlachcic. Nie słyszałem ani jednego żołnierza, któremuby się taka prośba podobała.
Lucyo. Wierzę, bo, zdaje mi się, sam nigdy tam nie byłeś, gdzie Pana Boga błagają o łaskę.
Drugi szlachcic. Nigdy? Co najmniej tuzin razy.
Pierwszy szlachcic. A na jaką nutę?
Lucyo. Na jaką chcesz i we wszystkich językach.
Pierwszy szlachcic. A zapewne także i we wszystkich religiach.
Lucyo. Dla czegóżby nie? Łaska jest łaską, na przekór wszelkim dysputom, tak jak ty wierutnym jesteś łotrem mimo wszelkiej łaski.
Pierwszy szlachcic. I owszem! Jedne nas strzygły nożyce.
Lucyo. Tak jest, jak krajkę i aksamit. Ty jesteś krajką.