Strona:Dzieła Wiliama Szekspira T. II.djvu/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
178
JULIUSZ CEZAR.

Brutus. Gdzież Publiusz?
Cynna. Stoi tu jeszcze na wpół odurzony
Zaszłym wypadkiem.
Metellus. Poczekajmy trochę,
Bo może jaki przyjaciel Cezara
Zechce wystąpić.
Brutus. Nie mów o czekaniu.
Publiuszu. ocknij się, bądź dobrej myśli,
Nie pragnie tu nikt krzywdy ci wyrządzić,
Ani komubądź z Rzymian, powiedz o tem
Wszystkim, Publiuszu.
Kasyusz. Opuść nas Publiuszu,
Ażeby czasem lud wieku twojego,
Jeśli się na nas rzuci, nie zobaczył.
Brutus. Uczyń tak, niechaj skutki tego czynu
Tylko na sprawców spłyną.

(Wraca Treboniusz).

Kasyusz. Gdzież Antoniusz?
Treboniusz. Pobiegł do domu, zdjęty przerażeniem.
Męże, niewiasty, dzieci uciekają,
Krzyczą jak w sądny dzień.
Brutus. Losie, zobaczym,
Co nam przeznaczasz. Ze musimy umrzeć,
To nam wiadomo, o czas tylko idzie
I liczbę pasem dni, które snuć mamy.
Kasyusz. Tak, i kto sobie odcina naprzykład
Parę dziesiątków lat życia, ten sobie
Odcina tyleż lat obawy śmierci.
Brutus. To przypuściwszy, śmierć jest dobrodziejstwem,
I myśmy dali Cezarowi wielki
Dowód przyjaźni, skracając mu liczbę
Lat, w ciągu których byłby się był musiał
Śmierci obawiać. A teraz, Rzymianie,
Idźmy na ranek i wznosząc do góry
Zbroczone miecze, wołajmy:
Wolność wrócona, niech się święci wolność!
Kasyusz. Zróbmy tak, dalej! — Przez ileż to wieków
Wzniosła ta scena powtarzaną będzie
W nieznanych dotąd językach i formach?