Strona:Dzieła Wiliama Szekspira T. II.djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
162
JULIUSZ CEZAR.

Wyrachowani w działaniu panowie,
Coto podżegłszy wściekłość swych podwładnych,
Łają ich wrzekomo po spełnionym czynie.
Wtedy postępek nasz będzie miał cechę
Potrzeby a nie zawiści, i w oczach
Ludu zbawcami będziem, nie zbójcami.
Co się zaś tyczy Marka Antoniusza,
Nie myślmy o nim, nie więcej on bowiem
Może uczynić, jak ramię Cezara,
Kiedy Cezara głowy już nie będzie.
Kasyusz. Ja się go jednak lękam, bo serdeczna
Przychylność jego do Cezara...
Brutus. Nie myśl
O nim, Kasyuszu, jeśli on istotnie
Kocha Cezara, to tylkoby biernie
Mógł dlań coś zrobić, mógłby co najwięcej
Mieć go w pamięci i umrzeć dla niego.
Byłoby to już wiele z jego strony,
Bo lubi uczty, gry i towarzystwa.
Treboniusz. Nie mamy się go powodu obawiać,
Niech żyje. Kecze, że nie umrze z żalu
I jutro wróci do zwykłej pustoty.

(Słychać bijącą godzinę).

Brutus. Którażto bije?
Kasyusz. Trzecia.
Treboniusz. Czas nam odejść.
Kasyusz. Wątpliwą wszakże jest rzeczą, czy Cezar
Wyjdzie dziś z domu. Od pewnego czasu
Stał się on bardzo przesądnym, zupełnie
Inne niż dawniej ma wyobrażenia
O snach, przeczuciach i świętych obrzędach.
Być może, że ta noc dziwnie okropna,
Te nadzwyczajne zjawiska, nareszcie
Rada augurów wstrzymają go dzisiaj
Od ukazania się na Kapitolu.
Decyusz. O to nie troszczcie się, gdyby przyjść nie chciał,
Ja go do tego potrafię nakłonić.
Lubi on bowiem, kiedy mu się prawi,
Że do złowienia jednorożców służą
Drzewa, niedźwiedzi zwierciadła, lwów sieci,