Strona:Dzieła Wiliama Szekspira T. II.djvu/159

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
151
AKT PIERWSZY. SCENA DRUGA.

Cycero. Cóżeś to widział tak osobliwego?
Kaska. Niewolnik jeden, znany ci z widzenia,
Wzniósł lewą rękę, która zapłonęła,
Gdyby dwadzieścia złączonych pochodni,
I mimo tego żaru pozostała
Nieuszkodzoną. Potem, (jeszczem dotąd
Nie schował miecza), gdym Kapitol mijał,
Zaszedł mi drogę lew i wlepił we mnie
Wzrok gorejący, i nie zaczepiwszy,
Zuchwale przeszedł koło mnie. A owdzie
Zbiegło się jakie sto kobiet, okropnie
Z trwogi pobladłych, które zapewniały
I przysięgały, że widziały orszak
Ludzi w płomieniach, szybko tam i nazad
Przechadzających się pośrodkiem ulic.
A wczoraj w samo południe ptak nocny
Usiadł na rynku i huczał i kwilił.
Niech mi nie mówi nikt, że takie dziwy,
Tak jednocześnie się pojawiające.
W porządku rzeczy są, w zgodzie z naturą,
Jam przekonany, że to są złowróżbne
Znaki dla kraju, w którym się trafiają.
Cycero. w dziwnych żyjemy czasach, ani słowa;
Lecz nieraz ludzie uważają rzeczy
Wedle pozoru ich, nie wedle wątku.
Czy jutro Cezar przyjdzie na Kapitol?
Kaska. Przyjdzie, bo kazał się Antoniuszowi
Uprzedzić o tem, że będzie tam jutro.
Cycero. Dobranoc zatem, Kasko; w taką porę
Nie bardzo chce się używać przechadzki.
Kaska. Dobranoc wzajem, Cyceronie.

(Wychodzi Cycero).
(Wchodzi Brutus).

Kasyusz. Kto tu?
Kaska. Rzymianin.
Kasyusz. Kaśka, sądząc z głosu.
Kaska. Dobry
Masz słuch, Kasyuszu. Co to za noc dzisiaj!
Kasyusz. Wcale rozkoszna dla poczciwych ludzi.