Strona:Dzieła Wiliama Szekspira T. II.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
146
JULIUSZ CEZAR.

Tym samym wzrokiem łasicy ognistym,
Jakiśmy nieraz u niego widzieli
Na Kapitolu, gdy senatorowie
Oponowali mu się w czasie obrad.
Kasyusz. Kaska nam powie, co to wszystko znaczy.
Cezar. Antoniuszu!
Antoniusz. Cezarze!
Cezar. Otocz mię ludźmi poszytymi w ciało,
Którym się świeca policzki i którzy
W nocy sypiają. Ten Kasyusz wygląda
Chudo i głodno, snać, za wiele myśli,
Z takimi ludźmi niebezpiecznie.
Antoniusz. Oddal obawę, Cezarze, ten człowiek
Nie może się zwać niebezpiecznym, jestto
Szlachetny, dobrze myślący Rzymianin.
Cezar. Szkoda, że nie je st cokolwiek otylszy,
Ale ja się go nie obawiam, chociaż,
Gdyby me imię szło w parze z obawą,
Nie ma człowieka, któryby mnie bardziej
Mógł niepokoić, niż ten suchy Kasyusz.
On wiele czyta, wiele obserwuje,
Wdaje się w rozbiór spraw ludzkich, nie lubi
Igrzysk, do których ty, mój Antoniuszu,
Taki masz pociąg, nie lubi muzyki,
Rzadko się śmieje, a gdy się rozśmieje,
To tak jak gdyby sam z siebie chciał szydzić,
Jakby się z siebie samego naśmiewał,
Że go coś w świecie zdołało rozśmieszyć.
Ludzie takiego charakteru nigdy
Nie patrzą chętnie na wyższych od siebie,
Stąd też są oni wielce niebezpieczni.
Mówię ci o tem jak o rzeczy, której
Baćby się można, nie której się boję,
Boć nie przestałem być jeszcze Cezarem.
Pójdź tu na prawo, bo to ucho głuche,
I szczerze powiedz mi, co o nim myślisz.

(Cezar z orszakiem wychodzi, Kaska pozostaje).

Kaska. Pociągnąłeś mnie za płaszcz, czy masz mi co do powiedzenia?