Strona:Dzieła Wiliama Szekspira T. II.djvu/152

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
144
JULIUSZ CEZAR.

Przyszedł paroksyzm. Tak, to bóstwo drżało;
Z tchórzliwych jego lic uciekła farba,
Wzrok jego stracił blask, ten sam wzrok, który
Trwogą świat teraz krępuje. Słyszałem
Jego jęk, i te usta, które dzisiaj
Każą Rzymianom na czatach mieć słuchy
I mowy jego do ksiąg zapisywać,
Wołały: „Daj mi wody, Kasyuszu“,
Jak chora dziewka. O! bogi, słupieję,
Kiedy pomyślę, że tak kruchy człowiek
Może wybiegać nad majestat świata
I palmę dzierzyć sam jeden.

(Okrzyki. Odgłos trąb).

Brutus. Znów jednogłośne okrzyki!
Pewnie ten poklask jest oznaką jakichś
Nowych honorów, którymi Cezara
Lud obsypuje.
Kasyusz. Tak, mój przyjacielu;
Rozkraczył on się na tym ciasnym świecie
Jak kolos, a my, maluczcy jak mrówki,
Przechodzić musim między olbrzymiemi
Jego nogami i zerkać, ażali
Gdzieś w kącie sobie nie upatrzym grobu.
Przecież czasami, kochany Brutusie,
Ludzie panami są swoich przeznaczeń;
Jeżeli nisko spadamy, częstokroć
Nie jest to wina gwiazd, ale nas samych.
Brutus i Cezar! czemże tu jest Cezar?
Czemuż to imię ma twoje zacierać?
Napisz je razem: twoje niemniej piękne;
Wyrzecz je razem: twoje równie zabrzmi;
Zważ je: nie będzie pewnie twoje lżejszem;
Użyj obudwu do zaklęć: a Brutus
Wywoła duchów tak dobrze, jak Cezar.

(Okrzyki).

Jeszcze ten okrzyk! W imię wszystkich bogów,
Jakiemiż to się pokarmami żywi
Ten nasz potężny Cezar, że tak wyrósł?
Hańba ci, wieku! Ezymie, wysechł w tobie