Strona:Drugie życie doktora Murka (Tadeusz Dołęga-Mostowicz).djvu/326

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nazajutrz, przyjechawszy do Warszawy, zostawił samochód na Skolimowskiej, poczem taksówką pojechał do doktorostwa Lipczyńskich. Musiał użyć wielu wymówek, by wykręcić się od towarzystwa doktorowej, która gwałtem chciała osobiście przekazać malca nowej opiekunce, choćby przyszło jechać aż na Podlasie, do majątku Zasławskich, gdzie, jak powiedział Murek, tymczasowo zamieszka z dzieckiem i z wykwalifikowaną nurse. Musiał też wielokrotnie zapewnić oboje o kwalifikacjach tej nurse, by uwolnić się już od wybranej przez Lipczyńską kandydatki.
— Więc teraz prędko pana nie zobaczymy? — serdecznie ściskał dłoń Murka chirurg. — Szkoda, że ci Zasławscy znowu pana zabierają z Warszawy.
— Ja nie żałuję. Sam o to prosiłem.
— A niech pan, panie Franku — upominała doktorowa — nie zgubi kartki, na której wypisałam wszystko, co trzeba. Leży w walizce na samym wierzchu.
— Nie zgubię napewno — uspokoił ją.
— I niech pan napisze.
— Za to nie ręczę. Nie lubię pisać. Proszę, nie bierzcie mi tego za złe. Ale, jeżeli przyjadę, napewno u was będę.
W pięć minut później siedział już w taksówce z poduszką na kolanach. Dziecko na szczęście, nakarmione na drogę, spało. Przyglądał się mu z żalem może, że oto kończy budowę swego życia i że nie jest w stanie wzbudzić w sobie ani cienia radości.
Zatrzymał taksówkę na rogu Skolimowskiej. Należało być ostrożnym do końca i nie dopuścić do rozmowy taksówkarza z szoferem, który napewno zainteresowałby się, skąd pan dyrektor Klemm wziął to niemowlę.
Przed obiadem byli już w Medanie. Tunka wybiegła do samochodu, z wypiekami na twarzy wzięła dziecko na ręce i śmiała się dziwnym podnieconym śmiechem, jakiego Murek u niej dotychczas nie znał. Zaalarmowani telefonicznie