Strona:D. M. Mereżkowski - Dekabryści.djvu/238

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    — Co ja zrobiłem? Cośmy zrobili? Jak mogliśmy my wszyscy, chociaż nie, to ja jeden wszystkich zgubiłem. Więc na mnie jednym niech się tu zaraz wszystko skończy. Ukarzcie mnie tu zaraz, na miejscu zabijcie, a tamtym niewinnym darujcie.
    — Wszystkim, wszystkim i tobie i wszystkim. Niemam wam nic do przebaczenia. Wszak mówiłem ci, razem będziemy, razem.
    Objął go i zapłakał, przynajmniej tak wydało się Rylejewowi.
    — Płaczecie? I nad kim? Nad mordercą — zawołał Rylejew, osuwając się na kolana.
    Z oczu płynąć mu zaczęły łzy nie utulone, a coraz słodsze. Mówić zaczął w upojeniu, jak w malignie lub szaleństwie.
    — Pamiętaliście o imieninach Nastienki. Ot jaki wy! wiedzieliście czem szarpnąć. Czuję bicie anielskie waszego serca, wasz jestem, wasz jestem, wasz na wieki! Lecz cóż ja? pięćdziesiąt milionów czeka waszej łaski. Czyż można mniemać, by monarcha, który przebacza zabójcom swoim, nie pragnął miłości swego narodu i szczęścia ojczyzny? Ojciec! Ojciec! My wszyscy jak dzieci w rękach twoich. Ja nie wierzyłem w Boga i ot co! Bóg cud pokazał. Pomazaniec Boży. Rodzony car ojciec... Słoneczko jasne...
    — A chcieliście nas wszystkich wyrżnąć? — spytał nagle cesarz cichym szeptem.
    — Chciałem! — odparł Rylejew również szeptem i dawny lęk przemknął jak błyskawica przez duszę jego, przemknął i znowu zagasł.
    — Wy! chcieliście? Kto jeszcze?
    — Nikt więcej, ja jeden.
    — A Kachowskiego nie namawiałeś?