Strona:Conan-Doyle - Przygody brygadjera Gerarda.pdf/94

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    mógłbym się był dostać na szczyt góry, aby tam o właściwym czasie podpalić stos.
    Leżałem w rowie i zastanawiałem się nader głęboko nad rozmaitemi planami, ale co jeden — to niebezpieczniejszy od poprzedniego.
    Wreszcie przyszedł mi do głowy ów tajemniczy błysk, który zjawia się zawsze u dzielnego człowieka, gdy ten nie poddaje się rozpaczy.
    Powiedziałem wam już, panowie, że przed gospodą ładowano próżne beczki od wina. Woły przed wózkami stały zwrócone głowami na wschód, jasnem było zatem, iż wozy udadzą się w tym samym kierunku, w którym i ja zdążam. Jeżeli się ukryję w jednej z takich beczek, to cóż będzie łatwiejszego, jak przedostanie się bezpiecznie przez linje gerylasów?
    Plan ten był tak chytry i tak doskonały, że nie mogłem powstrzymać okrzyku radości, gdy mi przyszedł na myśl. Pobiegłem natychmiast do gospody. Tam ukryty za płotem mogłem się doskonale przypatrywać, co się dzieje na drodze.
    Trzech chłopów w czerwonych czapkach zajętych było ładowaniem. Z jednym wozem już skończyli, na drugim znajdował się dopiero pierwszy szereg beczek. Pewna ilość próżnych beczek leżała jeszcze przed gospodą.
    Szczęście mi sprzyjało — zawsze mówiłem, że fortuna jest kobietą, która nie może się oprzeć młodemu dzielnemu huzarowi.
    Gdy tak czekałem, weszli trzej chłopi do gospody, gdyż był to dzień bardzo gorący, a im przy pracy zachciało się pić.
    Szybko, jak błyskawica, wypadłem z mego ukrycia, wlazłem na wóz i ukryłem się w próżnej beczce. Miała ona spód, ale nie miała wierzchniej pokrywy, a leżała na boku, otworem zwrócona do wnętrza.