Strona:Cecylia Niewiadomska - Lat temu dziewięćset.djvu/20

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    zielonym na głowie, z białą i długą brodą. Słońce z wysoka patrzało spokojnie.
    — Śmierć! — powtarzały gniewne, groźne głosy. — Bogowie znieważeni, gaj święty i łąka zdeptane obcą stopą. Krew tylko zuchwałych przebłagać może bogów.
    — Na kamieniu ofiarnym — przemówił znów kapłan.
    — Na ofiarnym kamieniu — powtórzyły głosy.
    Tymczasem biskup i dwaj jego towarzysze stali spokojnie. Biskup podniósł rękę i uczynił znak krzyża, lecz w tej samej chwili okropny krzyk wściekłości i trwogi podniósł się z wszystkich piersi; jedni pierzchali w największym popłochu, inni rzucili się na swe ofiary. Kamienny topór spadł na głowę starca, inny pierś mu otworzył; padli jednocześnie obaj młodsi kapłani, krew bryznęła falą w oblicza morderców.
    Cofnęli się, trwogą przejęci, w zdumieniu patrząc na trzy martwe ciała u stóp świętego dębu, przy wielkim kamieniu ofiarnym.
    — Oto moc jego Boga — rzekł kapłan pogański — oto moc jego czarów! Z bogami walczyć przyszedł, poznał ich potęgę. Krew ta przebłaga bogi obrażone.
    Lecz twarze pogan dziwnie były blade, z trwogą patrzeli na krew, która zbryzgała ich szaty, ręce, oblicza.
    — Czary, czary — szepnął ktoś w tłumie — rękę na nas podniósł i krew bryznęła z niej, a za krwią spadnie zemsta obcego, potężnego boga.
    — Bogowie osłaniać nas będą.