Strona:Cecylia Niewiadomska - Bez przewodnika.djvu/15

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Tadzio się zaczerwienił i spojrzał na brata, ale nie przemówił ani słowa.


II.

Jasne, wesołe słońce ciekawie zajrzało do pokoju na Chramcówkach, gdzie zatrzymali się nasi znajomi. Pokoik nie był wielki, ale dość wysoki; gładkie, świerkowe ściany lśniły połyskiem atłasu, rzeźbione ramy okna i drzwi przyjemne czyniły wrażenie. Skromne sprzęty zdawały się zupełnie nowe, a wszystko pociągało prostotą i czystością.
— Pogoda — ziewnął Janek — czas nam w drogę, gotowe uciec na jaką wycieczkę.
— Szkoda, żeśmy tu stanęli — zauważył Tadzio — daleko do klimatyki.
— Cóż ci ta klimatyka tak zajechała do głowy? Kpię sobie z klimatyki i żeby cię przekonać, że się bez niej obejdę, wcale tam nie pójdziemy.
— Nie wiem, czy to będzie dobrze — szepnął nieśmiało Tadzio.
— To się dowiesz.
— Nie chodzi mi o podróż i o stryja, ale ojcu byłoby przykro, gdybyśmy Zosi na czas nie przywieźli; taki był uszczęśliwiony z tej naszej wycieczki! To dla niego większa przyjemność, niż gdyby sam mógł nareszcie wyjechać na dłużej z Warszawy.