Strona:Bukowiński Władysław (Selim) - Na greckiej fali.djvu/39

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

W milczeniu rękę podałaś mi białą,
Której dotknięcie samo jest rozkoszą.
Cichy szept z ust twych wybiegł: „Już się stało!
Tych przeszkód, które przed nami się wznoszą,
Tytanów nawet nie pokruszą siły...
Rozstać się trzeba... na zawsze... mój miły!“

Rozstać... na zawsze... Echo gdzieś powtarza
Dwa słowa tylko, jak dwa straszne zgrzyty
Nożów kapłańskich, lecące z ołtarza,
Na którym we krwi pławi się zabity
Na straszną bogom mścicielom ofiarę
Jeniec, w świetlaną zapatrzony marę...

Na zawsze!.. Nie mów tak nigdy, o luba!
Są słowa, które mają moc trucizny —
W samym ich dźwięku brzmi dla serca zguba...
Są rany, co się nie zasklepią w blizny,
Są myśli, co się, jak gadziny, wiją
W mózgu i dotąd gryzą, aż zabiją!

Błysnęłaś dla mnie, jako gwiazda złota,
Nad szarą, smutną pustynią istnienia,
I ozłociłaś czarną noc żywota,
Jak słońce, które ziemię opromienia,
A czar twój dla mnie, jak to słońce właśnie,
Choć się oddala czasem, lecz — nie gaśnie.