Strona:Bohater Carlyle'a i nadczłowiek Nietzsche.djvu/035

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jeden i drugi — to zdobywcy. Ale który z nich większy? Czy ten, co przez świat pędzi mordując i niszcząc, lub tamten, co idzie, czyniąc dobrze wszystkim, niosąc wszędzie przed sobą światło prawdy, przywracając ludziom spokój sumienia, wskazując drogę do prawdziwego i trwałego szczęścia?
Kto z nich dwóch większy? Czy ten co o śmierć doczesną przyprawia przeszło trzy miliony ludzi, lub tamten, co przez chrzest, własnoręcznie udzielony, ożywia na duchu ich setki tysięcy?
Napoleon I. był wielkim wodzem, strategikiem, znakomitym organizatorem, ale nie wielkim człowiekiem.
Pomijając inne gwałty i zbrodnie, dość przypomnieć tę, która na sumieniu tego awanturnika zaciężyła najbardziej i stała się najbliższym powodem smutnego jego upadku: mianowicie nikczemne, podstępne, okrutne postępowanie, — walkę przez dziesięć lat wszelkimi sposobami prowadzoną z bezbronnym, dobrym i jak dziecko łagodnym starcem z Watykanu, Piusem VII.
Ten człowiek, co wczoraj był jeszcze niczem, ten pijany swem powodzeniem parweniusz, ośmielił się, niesłychanem w dziejach ludzkich przykładem, przez lat kilka wobec całego świata pozbawiać bezbronnego Papieża więcej niż życia, bo możności znoszenia się z Kościołem! Inni wrogowie zadawali Kościołowi rany mniej lub więcej dotkliwe i silne, a on Napoleon judaszowską swą ręką usiłował go zdusić!...