Strona:Bogdan Wojdowski - Chleb rzucony umarłym.djvu/365

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


która leżała w łóżku. Dawid rzucał się, strącał na ziemię okrycie. Otwierał oczy, raptem wynurzony oglądał ukosem przechylony, walący się świat. I to minęło. Nadszedł kryzys: wleciał cały do wielkiego czarnego lochu i przepadł tam, pocąc się jak mysz. A kiedy wstał, bo wstał, wówczas dopiero poczuł, że jest okropnie słaby. Włosy wypadały garściami i jeszcze po miesiącu nie miał siły przewlec przez mur takiego małego worka, w którym mieściło się ledwo pięć kilo kartofli. Chora krew wyssana przez wszy trafiła już do innych żył, by innych zatruć jadem, a on osiągnął stan przewlekłego wycieńczenia, apatii, która chroniła przed wysiłkiem. Leżał, bezmyślnie patrzył na wielką plamę pleśni porastającą ścianę u drzwi i nie mógł jej poznać. Wydobyta z ukrycia torba pełna sucharów ugniatała mu bok. Przez dwa lata matka wrzucała do niej okrawki chleba i przylepki, a teraz podtykała mu suchą kromkę — ukradkiem, jakby sama przed sobą chciała swój czyn ukryć. Wyciągnęła skądś butelkę tranu przezornie zakupioną kiedyś w aptece po dawnej, umiarkowanej cenie. Tran był zielonawy, klarowny, pod światło lśnił złotem. Dawid chciwie wdychał woń ryby, która dawniej przyprawiała go o mdłości, maczał w oleju suche kęsy chleba. Skurczony żołądek pracował jak syfon.
— Masz, jedz, to na czarną godzinę schowałam.
Kładła mu rękę na głowie, z której sypały się włosy.
Jadł i spał. Budził się ogarnięty wilczym głodem, a kiedy kończył jeść natychmiast zapadał w sen. Uśmiech zniekształcał szarą twarz ojca, a nos przy tym wydłużał się i zasłaniał zapadłe, bezkrwiste usta.