Strona:Bogdan Wojdowski - Chleb rzucony umarłym.djvu/330

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A moja zapłata po wojnie? Co za los! Natanielu, mniej znaczę na tym świecie od ostatniego grabarza, który nie wykopie nawet dołu za darmo! Słyszysz mnie?
Natan Lerch wsparty bezsilnie o ścianę, wpółsiedząc na łóżku, ściskał kurczowo buteleczkę z pigułkami i nie spuszczał z niej szklistego, nieruchomego spojrzenia. Po chwili namysłu wepchnął lekarstwo głęboko pod poduszkę; co i raz wyjmował, oglądał z troską. Patrzył wahająco na Estusię. Pytał szeptem:
— Tu nie zginie?
Pokręciła głową, że nie.
— Podziękowanie... Następny! — donośnie wołał dr Obuchowski. A charłacy cisnęli się zewsząd, uśmiechnięci ufnie i głupawo.
Mężczyzna w żółtym swetrze przepychał się znów do lekarza, wymachiwał rękami, a na palcach miał pierścionki.
— Umrę!
Fajwel Szafran ocknął się, uniósł głowę zwieszoną na spuchniętym brzuchu i grubym, głuchym głosem powiedział:
— Jeden umiera stojąc, drugi umiera leżąc. Jedząc nie umiera nikt.
Charłacy odpychali natręta, syczeli. Płaskonosy Nahum rzucił mu w twarz:
— Daj mi przylepkę, a przeżyję cały dzień!
Odezwały się ze wszystkich stron wściekłe okrzyki:
— Daj mu! Daj mu!
Płaskonosy Nahum stanął w drzwiach i długo wyglądał na schody. Zza jego ramienia patrzył Szulim. Schodami w dół szła Małka, sucha, sztywno wyprostowana, w długiej sukni na fioletowym spodzie, który prześwitywał przez brudny