Strona:Bogdan Wojdowski - Chleb rzucony umarłym.djvu/327

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


się spala. Oddaje więcej niż wchłania. Najpierw idzie tłuszcz na ogień, a potem? Samospalenie.
Przecierał nakłucie i oglądał, znów przecierał starannie. Ciasnym kołem otaczał go wyległy z kątów tłum. Mówił:
— Umieracie przez samospalenie. Nikną mięśnie, wiotczeje i złuszcza się skóra, miękną kości. Tak, moi drodzy. To, co miało chodzić dumnie wyprostowane na dwóch nogach, zaczyna pełzać na brzuchu. Król stworzenia zamienia się w pełzaka.
Rozległ się chichot.
— To wcale nie śmieszne. O, nie! Kurczy się śledziona, żołądek, nerki, wątroba. Wspaniały narząd maleje do rozmiarów orzecha i tak właśnie wygląda wątroba charłaka. Płuca słabną, serce przestaje należycie pracować. Pompa ustaje. Zaczyna się głodowa śpiączka. Ospałość. Apatia. Letarg. Stopniowo cały organizm ulega samozatruciu. Brak pokarmu, tlenu, krwi, tkanek. Na tym polega charłactwo. Co ja wam poradzę, moi drodzy charłacy? Zastrzyk, proszek? Bzdura! Trzeba żreć, żreć, a tego nie nastarczę nikomu, nawet samemu sobie. Trzeba słońca, a tego nie stworzę. Trzeba powietrza, a ja nie jestem Panem Bogiem. Jestem tylko małym, zagonionym lekarzem, który zdarł już niejedną parę butów na tych schodach.
Dr Obuchowski wrzucił brudną igłę do niklowanej puszki. Pogrzebał w niej pincetą i wyjął inną. Osadził.
— Choroba głodowa to okrutne samostrawienie. Bez litości, z dnia na dzień, z godziny na godzinę karmicie się własną krwią, własnym szpikiem, własnym mięsem, własnymi kośćmi. Aż do końca. Wyżerka, co? Palce lizać! Oto jaką spiżarnię