Strona:Bogdan Wojdowski - Chleb rzucony umarłym.djvu/125

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    znać? Jawiła się o zmierzchu, jak ćma. Ciemności cerowały dziurę w pończosze, kryły niechlujnie rozmazaną plamę szminki wokół ust, złamany obcas, rozchybotane spojrzenie, małe uszy przekłute blaszanym kolczykiem. Przed bramą stoi cieć i pędzi dalej, na rogu policjant strzeże porządku. Pod latarnią jest najciemniej. I tam stoi; jedną rękę wsparła na biodrze, w drugiej ręce papieros. Koniuszkiem pantofelka opiera się niedbale na bruku i widać wywinięty obcas.
    — Eus, deus, kosmateus... bakst!
    W stajni była koza, na której furman gotował. I siano, i stare rzemienie, i odświętna uprząż, i kapota kuczera z metalowymi guzami. Skóra starych rzemieni pachniała dziegciem, smołą, sianem i czymś jeszcze, a siano prawdziwą łąką.
    — Nie wiesz, co to łąka?
    — Nie wiem, co to łąka — mówił Lejbuś.
    — A ja pamiętam.
    Przymykał oczy, a podwórzem niosło się wołanie:
    — Łupy kupuję! Obierki kupuję, chleb czerstwy, spleśniały kupuję!
    — I co jeszcze, powiedz, co jeszcze pamiętasz?
    — Sosny.
    — Co?
    Sosny zostały na wydmie, tam. I rozkołysane wiatrem niebo, i źdźbła traw na tle chmur, wielkie jak sosny, kiedy przyłożyć do ziemi twarz. I lato, owo pierwsze lato, które spamiętał. Przed deszczem łąki ożyły, pełne jasnych i drobnych ropuszek, nie większych niż laskowy orzech. Brał w dłonie ropuchę, zimną, lepką. Polatywały nisko szpaki, siadały na ziemi, szukały w trawie żeru przechadzając się godnie. Długie, pogodne lato, pamięta. Stoi nad nim matka i w pełnym słońcu