Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/76

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Właśnie w tej krytycznej dla senatora chwili, stary Cudjo, murzyn, sługa domu, uchylił drzwi i poprosił panią do kuchni. Senator, jakby mu ciężar spadł z piersi, spojrzał za wychodzącą żoną z wyrazem ukontentowania połączonego z pewnym rodzajem zadąsania, i zasiadłszy w fotelu, zaczął przeglądać gazety.
Niedługo potem z za drzwi dał się słyszeć łagodny, lecz wzruszeniem brzmiący głos jego żony:
— Jasiu, Jasiu, chodźno na chwilę!
Pan Berd położył gazety i wchodząc do kuchni, doznał silnego wzruszenia, spostrzegłszy tam, leżącą bez przytomności na dwóch rozstawionych krzesłach kobietę młodą, lecz znękaną, w podartych sukniach, które obmarzły na niej od mrozu, w jednym tylko trzewiku, z nogą zakrwawioną.
W rysach jej twarzy łatwo można było dopatrzeć się śladów pochodzenia z plemienia wskazanego na pogardę; a jednak była piękną, tą wyłączną pięknością, w której wyrazie gra namiętność z niewysłowioną boleścią zbratana, tworzy całość uderzającą już na pierwszy rzut oka swą posągową powagą i wzniosłością.
Pan Berd, przerażony tym widokiem, zatrzymawszy oddech, stał w milczeniu, jakby się lękał obudzić z uśpienia nieszczęśliwą i powrócić ją do straszliwej rzeczywistości. Żona jego i jedyna ich służąca murzynka Dina, starały się ją ocucić, a stary Cudjo wziął tymczasem chłopca na ręce, zdjął mu buciki, rozebrał i własnemi rękoma starał się ogrzać zlodowaciałe nóżki dziecięcia.
— Doprawdy, serce się kraje patrząc na nią, — odezwała się Dina ze współczuciem; — musiało ją zbyteczne gorąco w kuchni pozbawić sił, bo kiedy tu wchodziła, była zupełnie przytomną, prosiła mnie, żeby jej pozwolić ogrzać się trochę. Zapytałam ją, skąd przychodzi? A ona, aż strach wspomnieć, zachwiała się tylko i upadła zemdlona na ziemię. Ręce ma białe i niespracowane, — zapewne to delikatne stworzenie, co nie zna ciężkiej roboty.
— Nieszczęśliwa! — westchnęła z współczuciem pani Berd.
Właśnie w tej chwili nieznajoma podniosła powieki, i czarnemi, pełnemi wyrazu oczami spojrzała z zadziwieniem dokoła siebie.
Wkrótce jednak, jakby sobie przypomniała, co się z nią stało, z wyrazem najokropniejszej rozpaczy zawołała:
— Henryś! gdzie mój Henryś? Porwali go!
Chłopczyk na głos matki, zeskoczył z kolan murzyna, pobiegł do nieszczęśliwej i objął ją swojemi drobnemi rączętami dokoła szyi.
— Tyś przy mnie, moje dziecię? Przytul się do mamy, mój synku drogi! — zawołała, a zwracając się do pani Berd, cała drżąca, zaczęła ją błagać:
— Ach, pani, ukryj go, nie oddawaj im mojego dziecięcia! To moje jedyne słonko na niebie.
— Nie lękaj się, moja droga, — rzekła pani Berd — możesz być spokojną, nic złego cię u nas nie spotka.
— Niech pani Bóg nagrodzi! — Biedna wybuchła rzewnym płaczem.