Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/65

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


A zresztą, powiedz mi, poco więcej broić złego, niż potrzeba? To zła rachuba.
— Chcesz myśleć o swojej duszy! — powtórzył Loker tonem pogardliwym. — Tobyś mógł długo szukać, niż byś w sobie duszę znalazł; dałbyś lepiej spokój. A djabeł też w tobie duszy nie znajdzie, choćby cię przesiał przez włósiany przetak.
— Tylko nie bądź tak ordynarny! Czemu się gniewasz, gdy mówię tylko dla twego dobra?
— Ruszaj mi do djabła ze swoją duszą! obejdę się bez niej! — zawołał Loker gniewnie. — Takie pobożne, głupie gadaniny mogą mnie doprowadzić do rozpaczy!... Jakaż jest różnica między tobą a mną? Udajesz jakieś współczucie, ale to jest tylko nikczemność z twej strony: chcesz djabła oszukać, aby ochronić własną skórę. Przejrzałem was i całą waszą tak zwaną religję. Zadłużyłeś się u djabła po same uszy, a gdy przyjdzie dzień zapłacenia rachunku, tobyś chciał zemknąć! To jest podłe!
— Uciszcie się, panowie! Nie o to nam chodzi, — odezwał się Marks. — Na każdą sprawę można się zapatrywać z rozmaitego stanowiska, o tem przecie każdy wie dobrze. Pan Haley, bardzo zacny człowiek, ma swoje przekonania i zasady. Ty, Loker, idź swoją drogą. — Poco się kłócicie? Do czego to prowadzi? Wróćmy do rzeczy. A zatem, panie Haley, pan potrzebujesz naszej pomocy do odszukania owej dziewki?
— Ale gdzież tam! To własność pana Szelby; mnie chodzi o jej syna, którego kupiłem niewiedzieć na co i po co... postąpiłem jak głupiec!
— Boś zawsze głupcem był i będziesz nim, — przerwał gniewnie Loker.
— Przestań, Loker, — uspokajał Marks. — Czyż nie widzisz, że pan Haley porucza nam piękny interes? Nie lękaj się, mam ja trochę wprawy w podobnych interesach. — A więc, panie Haley, jak wygląda ta dziewczyna?
— Biała, piękna i dobrze wychowana. Dawałem za nią ośmset dukatów, a żebym dał i tysiąc, tobym jeszcze dobrze wyszedł na tym interesie.
— Biała, piękna i dobrze wychowana! — powtórzył Marks i cała jego twarz ożywiła się na tę wiadomość. — A ty co na to, Loker? Początek świetny. Załatwimy ten interes na własną rękę. Złapimy dziewkę i chłopca; panu Haley oddamy chłopca, a dziewczynę zawiedziemy do Nowego Orleanu i tam sprzedamy. Co, może zły projekt?
Loker, który przez cały czas rozmowy słuchał z otwartą gębą, raptem zacisnął zęby, jak pies, co pochwycił kość.
— Zważcie tylko, że na każdym punkcie wybrzeża, — ciągnął dalej Marks — mamy sędziów pokoju, właśnie takich nam potrzeba; oni nam pomogą do załatwienia tej sprawy. Tom bierze na się kwestję siły, a ja zjawię się do sądu dla przysięgi, że się rzecz tak działa, a nie inaczej. Zjawię się wystrojony, w lakierowanych butach, aż miło będzie spojrzeć. Zobaczycie, — mówił Marks, puszczając cugle swej wymowie