Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/57

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tej zamianie, pan to rozumie, była jakakolwiekbądź korzyść... Oto jedyny cel, do którego dążę.
Państwo Szelby zrozumieli, że poufały i chełpliwy ton mowy handlarza ujmował ich godności; ale widzieli konieczność przytłumienia na jakiś czas słusznego oburzenia, — tego wymagało ich położenie i okoliczności. W miarę jak się wykazywał we właściwem świetle nieludzki, bydlęcy charakter tego człowieka, pani Szelby coraz więcej drżała o los Elżbiety, i używała całej swojej zręczności, by go dłużej zatrzymać. Uśmiechała się doń, potakiwała mu, gawędziła, słowem robiła, co mogła, byle tylko jakoś czas zabić.
O godzinie drugiej Sam i Andrzej przyprowadzili konie, na pozór wypoczęte.
Sam był niesłychanie usłużny i nadskakujący; oczekując pana Haley, głosił chełpliwie przed Andrzejem, że przedsięwzięcie musi się udać.
— Wasz pan, jak sądzę, nie trzyma psów? — zapytał Haley, siadając na konia.
— U nas, panie, całe stado psów — odpowiedział Sam z wyrazem zadowolenia na twarzy. — Burek szczeka doskonale, a i każdy murzyn psa ma w domu.
— Przestań bredzić! Nie o takie psy pytam, ale o takie, których się używa do polowania na ludzi? Powiedz, kochanku, takich psów pewnie nie macie?
Sam od razu zrozumiał, o jakich psach mowa, ale udając, że nie rozumie, tak ciągnął dalej:
— Nasze psy mają węch doskonały. To pewnie tego samego gatunku, jak to pan mówił, ale nie mają tylko wprawy, nikt ich do tego nie używał. Walne psiska, niech się pan tylko przypatrzy. Burek, pójdź tu! — zawołał Sam, i ogromny pies neufundlandzki podbiegł i zaczął mu się łasić.
— Ruszaj do djabła ze swojem psiskiem! — burknął Haley, poprawiając się na siodle. — No, dalej! siadać i w drogę!
Sam dosiadł natychmiast wierzchowca, lecz zręcznym ruchem uderzył w bok Andrzeja, który wybuchł głośnym śmiechem. Haley nie posiadał się z gniewu.
— Wstydź się, Andrzej, tu niema się czego śmiać — odezwał się z komiczną powagą Sam — to sprawa bardzo ważna, a śmiechem panu Haley nic nie pomożesz.
— Pojadę wprost ku rzece, — rzekł Haley, gdy się zbliżyli do ostatnich krańców posiadłości pana Szelby; w tę stronę prawdopodobnie uciekła.
— Prawda, prawda, — zauważył Sam, — zgadłeś pan, tu tędy musiała uciekać... Tylko tu mamy przed sobą dwie drogi; jedną starą, zawaloną, drugą równą jak po stole, którą pan wybierze?
Andrzej spoglądał z uśmiechem na Sama, dziwiąc się, skąd mu przyszedł do głowy taki nowy pomysł; ale choć nie pojmował zamiarów, przytakiwał mu.