Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ciotka Klotylda, otrzymawszy rozkaz, aby nakrywała stół, bąkła zaledwie coś pod nosem i zwolna, jak nigdy dotąd, jakby od niechcenia, wzięła się do spełnienia woli swej pani.
Nie wiedzieć, jakim sposobem cała służba się domyśliła, że pani wcale o pospiech nie chodzi i że za zwłokę nie bardzo się gniewa; to też przeszkody i przypadki nieszczęśliwe zjawiły się jak grzyby po deszczu. Chłopak rozlał sos, i trzeba go było na nowo zrobić. A gdy poseł za posłem przychodził z żądaniem, by się spieszono, ciotka Klotylda odpowiadała zawsze jedno i to samo, że nie myśli podać niedogotowanych potraw, dlatego tylko, że tam komuś pilno polować na ludzi. Jeden z kuchcików, biorąc wodę, zawadził o coś nogą, upadł i zalał całą kuchnię, trzeba było sprzątać i wycierać; drugi upuścił masło, inny znowu rozbił garnek, odsuwając go od ognia! Od czasu do czasu dolatywały do kuchni wieści, że pan Haley bardzo się gniewa i nie może usiedzieć na miejscu, że chodzi po pokoju, wyglądając wciąż to za drzwi, to przez okna.
— A dobrze mu tak! — zauważyła z oburzeniem ciotka Klotylda. — I nad nim przecież jest Pan Bóg, tam wysoko w niebie... Zobaczymy, jak będzie śpiewał, gdy go zawezwie...
— Pójdzie do piekła, to pewno! — zauważył mały Jacuś.
— Z pewnością! — dodała z świętem oburzeniem ciotka Klotylda — Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy: i kara Boża nie ominie go.
Ciotkę Klotyldę poważali wszyscy, i dlatego słuchali jej z uwagą. Ponieważ już stół był nakryty, cała więc gawiedź kuchenna miała dosyć czasu pogwarzyć sobie trochę i skorzystać z uwag ciotki Klotyldy.
— Tacy ludzie na tamtym świecie skazani są na ogień wieczny... wszak prawda? — zapytał Andrzej?
— Żeby to można ich tam zobaczyć, — zauważył Jacek.
— Dzieci! — odezwał się głos, który wszystkich przestraszył. Był to wuj Tomasz, który przed chwilą wszedł do kuchni i słyszał całą rozmowę. — Dzieci! mnie się zdaje, że wy nie wiecie sami, co mówicie. Wieczność, wielkie słowo. Strach o tem pomyśleć. Mąk wiecznych nie trzeba nikomu życzyć.
— To też my nikomu nie życzymy, oprócz tym, co dusze ludzkie sprzedają; — odrzekł Andrzej, — a cóż ich lepszego czeka, tych wcielonych djabłów?
— Łotry! — zawołała ciotka Klotylda. — Odrywają niemowlęta od piersi matek; gwałtem wydzierają nam dziatki, które drobnemi rączkami czepiają się sukien, płaczą i narzekają, — wloką je i sprzedają...
— Bezlitośni okrutnicy! rozłączają męża od żony; a choć widzą, że niweczą ich życie, są na to obojętni. Jedzą, piją i palą bez najmniejszego wyrzutu sumienia. — Ciotka Klotylda zakryła twarz rękoma i zalała się łzami. — Jeżeli djabli tych nie wezmą, to pocóż wogóle są?
— Modlić się winniśmy za naszych prześladowców — odezwał się wuj Tomasz.
— Modlić się za nich! — zawołała Klotylda. — O mój Boże! jakże to za nich się modlić? Nie, ja tego nie potrafię.
— Prawda — odrzekł Tomasz — ulegamy naturze naszej, silniejszej od nas; ale jeszcze silniejszą jest łaska Boża, która nas wspomaga.