Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ROZDZIAŁ VII.
Ucieczka matki.

Kto się wstawi w położenie biednej Elżbiety w chwili, gdy opuszczała chatę wuja Tomasza, zrozumie choć w części jej boleść, jej obawę, jej osamotnienie. Do obawy o los męża, który tak ciężkie przechodził próby, i dziecięcia przyłączyło się uczucie niepewności dnia jutrzejszego. Opuściła zakątek rodzinny, poza którym nie znała innego świata: drzewa, w których cieni się bawiła, lasek, w którym w dniach szczęśliwych wieczorami z ukochanym mężem się przechadzała. To wszystko wśród nocy gwiazdzistej zdawało się ją pytać: „czemu opuszczasz rodzinne strony i dokąd się udajesz?“ Ale głośniej nad wszystko przemawiała miłość macierzyńska, która wzrastała w miarę zbliżającego się niebezpieczeństwa. Syn jej był już w tym wieku, że mógł sam chodzić, i w innych okolicznościach prowadziłaby go za rękę, ale teraz, sama myśl wypuszczenia go ze swych objęć, krew jej ścinała. Konwulsyjnie przyciskała dziecię do piersi i przyspieszała kroku.
Zmarznięta ziemia chrupała pod jej nogami, a każdy szmer nawet przejmował ją drżeniem. Najmniejszy szelest liści, cień przelotny, wszystko napawało ją niezmiernym strachem; krew napływała jej gwałtownie do serca; dziecię, które niosła, zdawało jej się lekkiem jak piórko, jakieś nowe wstępowały w nią siły, przyspieszała kroku — a blade usta szeptały: Boże zlituj się! Panie ratuj!
Matki, które będziecie czytać te karty, wstawcie się w to samo położenie; wyobraźcie sobie, że wasze jedyne dziecię mają jutro oddać nieokrzesanemu handlarzowi, że warunki sprzedaży już ukończone i podpisane... wyobraźcie sobie, że ze świtem wszystko się skończy, i że tylko noc może nas ratować, a pojmiecie, co to jest uciekać z drogim skarbem... pojmiecie, ile to mil można zrobić w kilka godzin z tym słodkim ciężarem na ręku, gdy tymczasem mała jego główka spoczywa uśpiona na waszem ramieniu, a drobne rączki z całem zaufaniem objęły waszą szyję...
Chłopczyk spał. Strach i nowość położenia z początku niepokoiły go. Oględna matka wstrzymuje oddech, trwożna, by najmniejszy szelest nie przyspieszył pogoni, zapewniała małego Henrysia, że go uratuje, byle tylko się spokojnie zachowywał. Dziecię przytuliło się do piersi matczynej i posłusznie zapytało:
— Mamo, czy mogę zasnąć?
— Śpij, mój aniołku.
— Ale, matuniu, ty mnie jemu nie oddasz, jak zasnę?
— Nie! nie! — odrzekła matka, a twarz jej jeszcze bardziej pobladła, a oczy świeciły dziwnym blaskiem.
— Ale czy tylko na pewno mnie nie oddasz, matulu?
— Z pewnością nie! — przemówiła matka głosem, którego się sama przelękła; zdawało jej się, że wyraz ten wyrwał się z jej ust mimo jej woli, za jakiemś wyższem natchnieniem. Chłopczyk pochylił zmę-