Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/50

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


łaj, ale chwilkę raczysz poczekać, nim ci konia złapiemy“.

Sam i Andrzej śmiali się do rozpuku...

Sam i Andrzej śmiali się do rozpuku.
— Kiedym mu prowadził konia, to był jak opętany; zdaje mi się, że gdyby mógł, zabiłby mnie. Ja tymczasem stałem sobie spokojnie, jak gdybym o niczem nie wiedział...
— Widziałem, widziałem... Sam, z ciebie filut...
— Ja też tak myślę, — odrzekł Sam, — a widziałeś, jak się pani za oknem śmiała?
— Tak się spieszyłem, żem tego nie spostrzegł.
— Widzisz! — rzekł Samuel, zaczynając z godnością obmywać konia Haley’a — już to u mnie we zwyczaju być rozważnym. To dobre przyzwyczajenie, Andrzeju. Ja ci radzę więcej rozważać, póki jeszcze lata nie minęły. A podnieśno tylną nogę koniowi, Andrzeju. Bo widzisz, mój chłopcze, z dwóch rozumnych zawsze ten lepszy, co umie rozważać. Czyż dziś zrana nie zwąchałem, skąd wiatr wieje? Czyż nie spostrzegłem, czego pani chce, chociaż nic o tem nie mówiła; a to wszystko znaczy: rozważać, mój Andrzeju. Sądzę, że to właśnie nazywa się zdolnością. Zdolności bywają rozmaite u różnych narodów, rzecz leży tylko, jak je w sobie wyrobić.
— A mnie się zdaje, że gdybym ja sam pierwej nie miał tej rozwagi, tybyś może nie tak prędko domyślił się, co i jak robić trzeba.
— Andrzej, z ciebie sprytny chłopak, wysoce cię cenię, i dlatego wcale się nie wstydzę posłuchać twej rady. Zdarza się, że najrozumniejsi ludzie wpadają w matnię. No, pójdźmy do dworu; ręczę ci, że pani nas każe doskonale nakarmić.