Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/40

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Dziecię moje, moje biedne dziecię, ciebie sprzedano! — westchnęła Elżbieta. — Ale matka potrafi cię jeszcze uratować.
I na poduszeczkę dziecięcia nie stoczyła się ani jedna łza matczyna. Są chwile w życiu, że serce z boleści kamienieje i na łzę nie może się zdobyć.
Elżbieta pochwyciła kawałek papieru i zaczęła pisać, co następuje: „O pani moja, dobra pani! nie posądzaj mnie o niewdzięczność, nie mogłam inaczej postąpić. Wczoraj słyszałam waszą rozmowę; muszę ratować moje dziecię — ty mi to przebaczysz. Niech Bóg pani błogosławi i nagrodzi za tyle wyświadczonej mi dobroci“.

W kącie, w kołysce, spało dziecię...

Z gorączkowym pospiechem złożyła list, zaadresowała; później wyjęła z komody odzienie Henrysia, pakowała w zawiniątka i chustką przywiązała je sobie na plecy.
O jakże kochającem jest serce macierzyńskie, które w tak okropnej chwili pamięta o wszystkiem, co dotyczy drogiego dziecięcia. Elżbieta nie zapomniała zabrać nawet zabawek małego Henrysia, a zostawiła tylko jaskrawo pomalowaną papugę, by go zająć, gdy go zbudzi.
Nie bez trudności zbudziła małego śpiocha, ale gdy się to udało, usiadł na łóżeczku i zaczął się bawić papugą; matka tymczasem ubierała się do drogi, okryła się chustką, włożyła kapelusz.
— Dokąd mama idzie? — zapytał, gdy Elżbieta zbliżyła się do łóżeczka z jego odzieniem w ręku; spojrzał na matkę zdziwiony, a z jej wzroku i wyrazu twarzy domyślił się, że musiało zajść coś nadzwyczajnego.