Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/372

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Stary djabeł! — zawołał z oburzeniem Jerzy. — Jedyną moją pociechą jest myśl, że przyjdzie dzień, w którym mu djabeł sowicie zapłaci za jego zbrodnie.
— O nie! nie mów tak paniczu! — zawołał Tomasz, silnie przytrzymując jego rękę. — Biedny, nieszczęśliwy!... litość bierze patrzeć na niego!... gdyby tylko uczuł skruchę... Bóg mu przebaczy... ale się lękam... że nie będzie żałował... przeszłego swego życia!...
— O bezwątpienia! bo czyż podobne serce zdolne jest do szczerego żalu? — rzekł Jerzy — zachowaj mię Boże od spotkania się tam z tym człowiekiem!
— Cyt, paniczu!... uspokój się... to mnie zasmuca... nie powinieneś tak myśleć; nie uczynił mi... żadnego... rzeczywistego zła... otworzył tylko wrota do królestwa niebieskiego... przybliżył je... oto wszystko...
Umierający, ożywiony na chwilę przybyciem swego młodego pana, nagle osłabł. Siły go opuściły, zamknął oczy, oddech stał się przeciągły, głęboki. Szeroka jego pierś ciężko wznosiła się i opadała, i na twarzy osiadła tajemnicza, wzniosła myśl, świadcząca o innem życiu.
— O! kto... może... nas... rozłączyć... od miłują... cego... Chry... stusa! — wyrzekł głosem zaledwie dosłyszalnym i z uśmiechem na ustach przeniósł się na łono wieczności.
Jerzy, zamknąwszy powieki swemu przyjacielowi, siedział jakiś czas niemy, przejęty głęboką czcią, jakby czuł przytomność ducha niebieskiego.
Obrócił się — za nim stał Legris, ponury i zły.
Niebieski spokój i pogoda umierającego tajemniczą potęgą powstrzymały krewkość uczuć młodzieńczych. Przytomność tego człowieka obudziła w Jerzym tylko głęboką pogardę i żywą chęć, co rychlejszego pozbycia się przytomności uosobionej zbrodni.
Utkwił swe czarne, groźne oczy w twarzy Legrisa, i wskazując palcem na trupa, rzekł sucho:
— Wyciągnąłeś z niego całą korzyść, jaką mogłeś mieć. Co chcesz za ciało? Chcę je zabrać z sobą i pochować, jak się należy.
— Ja nie sprzedaję ciał zmarłych murzynów — rzekł Legris; — możecie je pochować, gdzie się wam podoba i jak chcecie.
— Chłopcy! — rzekł Jerzy tonem, nakazującym posłuszeństwo, do murzynów, którzy stali patrząc na ciało — pomożcie mi go podnieść i zanieść do powozu i dajcie mi rydel.
Jeden z nich pobiegł po rydel, dwaj inni pomogli Jerzemu zanieść ciało do powozu.
Jerzy nie raczył nawet przemówić ani spojrzeć na Legrisa, który nie ośmielił się wzbraniać wypełnienia rozkazu i stojąc, świstał z udaną obojętnością. Poszedł za nimi aż do powozu, który stał przed drzwiami domu.
Jerzy dla powiększenia miejsca zdjął siedzenie, rozesłał swój płaszcz i na nim położył ciało. Obrócił się, spojrzał znacząco na Legrisa, i pokonywając oburzenie, rzekł:
— Nie powiedziałem ci mego zdania o tym okrutnym postępku;