Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/364

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


ranku, zebrać z okolicznych plantacyj kilku uzbrojonych ludzi, kilka sfor psów, okrążyć bagno, wyprawić obławę, a może się uda pojmać zbiegłych. A jeżeliby się nie udało... hać wówczas będzie czas przywołać do siebie znienawidzonego murzyna. Pogrążony w tych myślach, zgrzytnął zębami, i żyły nabrzmiały mu na czole.
— O, ulegnie, musi ulec! a nie... ha!... i wymówił bez wzdrygnienia w głębi czarnej swej duszy słowo okropne.
Interes właściciela, powiadacie, jest dla niewolnika dostateczną gwarancją! Jakto? więc człowiek, który w obłędzie swych namiętności, dla dojścia do zamierzonego celu, zaprzedaje swą duszę, będzie oszczędzał ciało swego bliźniego?
— A co!... — rzekła Kassy nazajutrz, szpiegując przez dziurę w strychu — oto obława się rozpoczyna.
W istocie, kilku jeźdźców harcowało na koniach przed domem i kilka sfor psów cudzych, skomląc, szczekając, gryząc się, wyrywało się z rąk murzynów.
Między tymi jeźdźcami dwaj byli dozorcy z pobliskich plantacyj, inni towarzysze kieliszkowi pana Legris; przywabieni głośnem polowaniem, przybyli z sąsiedniej mieściny. Trudno sobie wyobrazić okropniejszą bandę. Legris hojnie częstował ich rumem, nie żałując nawet murzynom zebranym z różnych plantacyj; ponieważ zwyczaj każe, aby polowanie na zbiegłego murzyna było jak można najwspanialszą ucztą dla innych murzynów.
Kassy, przyłożywszy ucho do okienka, słyszała niektóre słowa. Słyszała, jak dzielili bagno na części, jak wychwalali swoich buldogów i wydawali rozkazy, jak się umawiali na przypadek pojmania każdej ze zbiegłych mulatek. — Kassy zaśmiała się ironicznie i cofnęła się od okienka; a składając ręce i wnosząc oczy ku niebu, zawołała:
— O Panie wszechmocny! O Boże miłosierny! jesteśmy wszyscy grzeszni; przecież zlituj się nad nami i wybaw nas z tej strasznej niewoli.
W jej głosie, w wyrazie twarzy przebijało się straszne wzburzenie duszy.
— Gdyby nie ty, dziecię moje! — mówiła dalej, zwracając wzrok swój na Ewelinę — o, gdyby nie ty, poszłabym prosto do nich i podziękowałabym temu, któryby mi odebrał życie. Bo i czem jest wolność dla mnie teraz? Czyż wróci mi ona dzieci moje? Czyż wróci mi to, czem dawniej byłam?
Ewelina w dziecinnej swej prostocie, przestraszona dzikim zapałem Kassy, z niespokojnością, z wzruszeniem, w milczeniu patrząc na nią, chwyciła jej rękę z wyrazem trwożliwej pieszczoty.
— Nie! — rzekła Kassy, zwolna ją usuwając. — Tem możesz mię doprowadzić, że pokocham ciebie; a ja nie chcę, nie chcę już kochać!
— Biedna Kassy! — zawołała Ewelina — nie trać nadziei. Jeżeli Bóg w łasce Swej da nam wolność, być może, wróci ci córkę; lecz cokolwiek nas spotka, ja ci ją zastąpię. Wiem, że nigdy już nie ujrzę matki mojej; i czy będziesz mnie kochała, czy nie, ja cię kochać będę, o moja droga, złota Kassy!
Tkliwe uczucie dziecinne odniosło zwycięstwo. Kassy, usiadłszy