Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ROZDZIAŁ V.
Jakie uczucia władną człowiekiem, który, jako własność osobista, przechodzi w posiadanie nowego właściciela.

Znajdujemy się w sypialni państwa Szelby. Pan domu siedzi w fotelu i przegląda otrzymane po obiedzie listy. Pani domu stoi przed lustrem i rozpuszcza loki, któremi Elżbieta głowę jej przybrała. Spostrzegła bladość na twarzy Elżbiety i widoczne przygnębienie, kazała jej iść na spoczynek, a rozbierając się sama, zwróciła się do męża.
— Powiedz mi, Arturze, kto to jest ów nieokrzesany człowiek, coś go przyprowadził dzisiaj na obiad?
— To Haley — odrzekł Szelby, poprawiając się z pewnem zakłopotaniem na fotelu i nieodrywając wzroku od listów.
— Haley? Powiedz mi, co to za człowiek i dlaczego do nas przybył?
— Łączyły mnie z nim ostatniemi czasy, podczas mojej bytności w Naczez, rozmaite interesy.
— I to go uprawniało, aby nas odwiedzić, u nas obiadować i rozgaszczać się, jak gdyby był u siebie w domu?
— Zaprosiłem go... mamy z sobą obrachunki.
— Człowiek ten handluje murzynami? — zapytała pani Szelby, spostrzegłszy na twarzy męża pewne zaniepokojenie.
— I cóż to cię obchodzi, moja droga? — rzekł pan Szelby, podniósłszy oczy na żonę.
— Tak... wyobraź sobie, co to za dziwactwo: po obiedzie wpadła Elżbieta do mnie, pomięszana, dowodząc, że sama słyszała, jak Haley proponował ci kupno jej syna; nieprawdaż, że to dziwaczne urojenie?
— Ona to słyszała? — zapytał pan Szelby, zabierając się znowu do przeglądania papierów, z całą jak się zdawało uwagą, chociaż je trzymał do góry nogami. „Po co tu taić? — pomyślał. — Prędzej, czy później musi się przecież dowiedzieć“.
— Powiedziałam Elżbiecie — dodała pani Szelby — że majaczy, że ci ani w głowie postało sprzedawać któregokolwiek bądź z naszych ludzi, a tembardziej takiemu jak on człowiekowi.
— Masz słuszność Emiljo, zawsze tak sądziłem, takie jest moje przekonanie; niestety, okoliczności się zmieniły i jestem zmuszony odprzedać kilku ludzi.
— Przedać takiemu człowiekowi? To być nie może, panie Szelby, żartujesz ze mnie.
— Bardzo mi przykro powiedzieć, że wcale żartować nie myślę. Jestem zdecydowany sprzedać Tomasza.
— Jakto, naszego Tomasza! naszego zacnego, poczciwego Tomasza, który od dzieciństwa wiernie ci służy? Ach, panie Szelby!... A jednak obiecałeś mu dać wolność — powtarzaliśmy mu nieraz tę obietnicę... O! teraz mogę uwierzyć nawet i temu, żeś sprzedał małego Hen-