Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/350

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Nie wiem, panie; może on przemyśla o jakiej ucieczce.
— Chciałbym tego się doczekać — rzekł Legris, zgrzytając zębami. — Cóż ty mówisz na to, Sambo, hę?
— O, byłoby czem nacieszyć się, ho! ho! ho! — odpowiedział czarny gnom z podłym, schlebiającym uśmiechem. — O, jakże byłoby zabawnie! czarny zapada w błoto, wywija się między krzakami i cierniami, a psy ujadają, dopadają!... A wtenczas, kiedy łowili Molly, co to było śmiechu! ja aż poderwałem sobie boki i myślałem, że tylko kości z niej zostaną, kiedy ją wyrywałem z paszczęk psów! Oh, musi ona dziś jeszcze nosić ślady tej zabawy, ho! ho! ho!
— Spodziewam się, że je poniesie do grobu — rzekł Legris. — Ale miej oko, Sambo, i kiedy negrowi przyjdzie chętka... ha, rozumiesz? no tak... po swojemu, hę!
— Niech pan będzie spokojny...
Legris siadł na konia i udał się do sąsiedniego miasta. Wracając w nocy, przyszła mu myśl zawrócić i objechać chałupy niewolników, dla obejrzenia, czy wszystko jest w porządku.
Była to prześliczna noc księżycowa, cienie wspaniałych drzew alei rysowały na ziemi fantastyczne obrazy, w powietrzu panowała poważna cisza, którą naruszyć zdawałoby się grzechem. Legris, zbliżając się do chałup, posłyszał śpiew; śpiew w tych miejscach był rzeczą nadzwyczajną, zatrzymał się więc, aby podsłuchać. Równy, melodyjny tenor śpiewał:

Wiem, że dusza moja, Panie!
Gdy się wyrwie z więzów ciała,
Przed obliczem Twojem stanie,
Gdzie ją czeka wieczna chwała!
Więc nie straszą mię cierpienia,
Nie zatrwożą żadne wrogi;
Bo w swym Stwórcy wybawienia
Szuka dusza ma bez trwogi.
Niech nieszczęścia z swą potęgą,
I szatani całą zgrają
Zgubę moją poprzysięgą,
Mej słabości urągają;
Niech na męki tu mię wloką,
Niechaj dręczą cierpień roje:
Ma ojczyzna tam wysoko
Bóg mój, niebo, wszystko moje!

— Ho! ho! to tak! — rzekł do siebie Legris! — patrzcie dokąd on sięga! przeklęte hymny! nienawidzę ich! — No, czarny! tutaj! — zawołał, wpadając nagle na Tomasza z podniesionym biczem — jak śmiesz warczeć, kiedy powinieneś spokojnie leżeć? Zamknij swój przeklęty pysk i ruszaj spać! rozumiesz, hę?
— Tak, panie — rzeki Tomasz pokornie i z uległością wstał, aby wypełnić rozkaz.
Wesoła, spokojna twarz Tomasza rozwściekliła Legris; zawrócił więc konia i zaczął go okładać biczem po głowie i plecach.