Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


lepszy — do przyjęć... nazywała go „pokojem bawialnym“ i strzegła go przed rozswawolonemi dzieciakami.
W przeciwległym kącie było drugie łóżko, mniej starannie osłonięte, przeznaczone prawdopodobnie do codziennego użycia. Ścianę ponad kominem zdobiły jaskrawe obrazki Świętych Pańskich i portret Waszyngtona...[1] Biedny wybawca Ameryki! zadziwiłby się, gdyby zobaczył, jak go sztuka narodowa przybrała.
W tym właśnie kącie izdebki, dwaj jak węgiel czarni chłopacy, o kędzierzawych włosach, błyszczących policzkach, uczyli malutką swą siostrzyczkę chodzić; powtarzające się co chwilę wybuchy śmiechu, nie świadczyły bynajmniej o zbytnich postępkach maleństwa, które co parę kroków upadało.
Przed kominem stał nakryty stół, widocznie do wieczerzy; za stołem siedział wuj Tomasz, najlepszy robotnik pana Szelby; a ponieważ tenże ma być bohaterem naszego opowiadania, winniśmy poświęcić osobie jego słów kilka. Był to mężczyzna barczysty, wysokiej postawy; twarz jego o rysach właściwych Afrykańczykom, o błyszczącej czarnej cerze, wyrażała niezwykłą dobroć serca, łagodność, rozum prosty a poczciwy. W całej postaci przebijała się godność i pewien rodzaj pokornej, łatwowiernej dobroduszności. W tej chwili przerysowywał na marmurowej tabliczce z komiczną powagą jakieś litery, — uczył go pisać Jerzy, trzynastoletni chłopczyk o bystrem spojrzeniu, dumny ze swego stanowiska nauczyciela.
— Ależ nie w tę stronę, wuju Tomaszu, — zawołał chłopczyk, spostrzegłszy, że uczeń jego zawrócił ogonek od g w niewłaściwą stronę, — patrz, napisałeś q zamiast g.
— O dla Boga, czyż doprawdy? — przerwał wuj Tomasz, popatrzył z uszanowaniem na swego młodego nauczyciela, który chcąc go przekonać, że źle napisał, kreślił swobodnie mnóstwo g i q. — Wuj Tomasz ujął znowu rysik, którego w swych spracowanych palcach nie mógł utrzymać.
— Jak to tym białym wszystkie sztuki łatwo przychodzą! — zawołała ciotka Klotylda, smarując patelnię kawałkiem słoniny i spoglądając z pewnym rodzajem dumy na Jerzego. — A w domu to pisze, aż miło popatrzeć; a czyta... co to i mówić... A jest taki dobry, że wieczorem jeszcze do nas przybieży i uczy mego „starego“.
— Ależ ciotko Klotyldo, jestem bardzo głodny! — przerwał Jerzy. — Zobaczno do tygielka, czy omlet jeszcze nie gotów.

— Prawie gotów, paniczu — odrzekła ciotka Klotylda, podnosząc pokrywkę z tygielka — a skórka jak się rumieni!... smacznym będzie... jeszcze tylko chwilkę. Cierpliwości, paniczu kochany. Onegdaj chciała pani, żeby Zuzka spróbowała upiec kilka pierożków, ale gdzie jej tam... powiadam paniczowi, że to się serce kraje, gdy się patrzy, jak się dobro pańskie marnuje; i cóż to było za pieczywo, pożal się Boże! krzywe,

  1. Waszyngton Jerzy, oswobodził Północną Amerykę z pod rządów Anglji; dnia 30. listopada 1782 uznali Anglicy jej niepodległość, a w rok później opuściły ich wojska Nowy-York. Waszyngton był pierwszym prezydentem Stanów Zjednoczonych, ur. 1732, um. 1799.