Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/265

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Ona mówiła, że mnie kocha — wołała Topsy, — tak mówiła mi... O Boże mój! Boże! nikogo nie mam już teraz, nikogo!
— Na nieszczęście jest to prawda — rzekł Saint-Clare, zwracając się do panny Ofelji, — spróbujcie ją w jakikolwiek sposób pocieszyć.
— O, poco ja przyszłam na świat! — wołała Topsy — niepowinnam była się rodzić!... i naco mam żyć?...
Panna Ofelja łagodnie podniosła ją i wyprowadziła z pokoju i kilka łez zrosiło jej policzki.
— Topsy, biedne moje dziecię! — rzekła panna Ofelja, wprowadzając ją do swego pokoju — nie rozpaczaj! Ja mogę ciebie kochać, chociażem niepodobna do tego dobrego aniołka. O! jam się nauczyła od niej miłować po chrześcijańsku: będę ciebie kochała. Ja cię kocham i będę starała się ci dopomóc, abyś została dobrą chrześcijanką.
Głos panny Ofelji był więcej rozczulający od jej słów; a szlachetne łzy, które płynęły po jej twarzy jeszcze więcej mówiły. Od tej chwili podbiła serce osieroconego dziecięcia, a podbiła na zawsze.
— O moja Ewo! kiedy tak krótkie chwile twego pobytu na ziemi sprawiły tyle dobrego — pomyślał Saint-Clare — jakiż rachunek będę musiał zdać z tak długiego mego życia.
Jakiś czas rozlegały się w pokoju kroki i ciche szeptania; domownicy jeden za drugim podchodzili, aby spojrzeć po raz ostatni na zmarłą. Wkrótce przyniesiono małą trumienkę i włożono w nią Ewunię; pojazdy zajechały przed ganek, wysiadali z nich obcy ludzie. Krewni i domownicy z białemi wstęgami, z krepą czarną tłoczyli się do małego pokoju; przyjechał miejscowy ksiądz proboszcz w towarzystwie kilku innych kapłanów, odmówił modlitwy, poświęcił ciało i trumienkę zamknięto. Kondukt ruszył na cmentarz, gdzie ją pochowano w grobie familijnym.
Wszyscy się rozeszli i wrócili do domu, który już nigdy nie miał gościć w pokojach swoich małej Ewy. Marja zamknęła się w gabinecie, położyła się do łóżka, a szlochając niemiłosiernie, co chwilę przyzywała pomocy wszystkich sług swoich; biedni, nie mieli czasu nawet popłakać. I pocóżby miała służba płakać! Wszak to nieszczęście ją tylko dotyka; a głęboko była przekonaną, że nikt na świecie nie czuł i nie może czuć tak, jak ona.
— Saint-Clare nie wylał ani jednej łzy — mówiła Marja — on mało współczuje. Dziwna nieczułość! Czyż nie widzi, ile ja cierpię?
Dla ludzi często dość powierzchowności. Wielu służących, sądząc według tego, co widzieli lub słyszeli, mniemali, że rzeczywiście Marja cierpiała więcej niż inni, a szczególniej, kiedy zaczęła spazmować i posyłała po lekarza. Zaczął się chaos, bieganie. To było dla niej zbawienną rozrywką w smutku.
Tomasz czuł jednak w głębi serca większy pociąg do swego pana. Pilnie śledził każdy jego krok. Widząc pana Saint-Clare bladego, siedzącego spokojnie w pokoju Ewy, trzymającego w ręku książeczkę, w którą patrzał, nie widząc ani jednej litery, zrozumiał, że spokój ten dowodzi stokroć większej boleści, aniżeli wszystkie narzekania i jęki Marji.
Po kilku dniach państwo Saint-Clare wrócili do miasta, szukając