Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/255

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


z cerą zadziwiającej białości; jej duże błękitne oczy, w których cała dusza się wyrażała, patrzyły uważnie na przytomnych.
Słudzy stali głęboko rozczuleni. Anielskie lica dziewczęcia, długie kędziory ustrzyżonych włosów, leżące na jej kolanach, smutna twarz pana Saint-Clare, łkanie Marji, wszystko to razem silnie działało na czułe serca zebranych. Spoglądali po sobie, wzdychali, kiwali smutnie głowami — głęboka cisza zaległa komnatę.
Ewa podniósłszy się trochę, poważnym wzrokiem obejrzała przytomnych, na wszystkich twarzach widać było smutek. Niektóre kobiety zakrywały twarz fartuchami.
— Wezwałam was, mili przyjaciele — rzekła Ewa, — bo was kocham, kocham was wszystkich i co wam powiem, błagam was, nie zapominajcie nigdy... Wkrótce odejdę, opuszczę was. Jeszcze kilka tygodni, a już mnie więcej z wami nie będzie.