Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zrobić, i tego wszystkiego nauczyłem się sam, nie jestem mu za nic obowiązany. Uczyłem się sam bez względu na to, że mi zawsze starał się przeszkadzać. A teraz, powiedz mi, jakie ma on prawo mnie, człowieka, przerabiać na fornalskiego konia? odrywać od pracy, do której jestem zdolny, i zaprzągać do roboty bydlęcej?... Wiem, czego się mu zachciało! — Chce mnie poniżyć! Oto dlaczego zaprzęga mnie do tak ciężkiej roboty?
— O Jerzy, mój Jerzy! przestraszasz mnie! Nigdym cię nie słyszała tak mówiącego. Lękam się o ciebie, żebyś gorszego na siebie nie ściągnął losu... Ja to wszystko rozumiem, również z tobą cierpię; ale bądź ostrożny, mój drogi, bądź rozważny, błagam i zaklinam cię na moją miłość dla ciebie, na naszego Henrysia!
— Byłem ostrożny i nazbyt długo cierpliwy; ale położenie moje jest co godzinę gorszem; ani ciało, ani dusza dłużej wytrzymać nie może... o nie, to daremne! Byle okoliczność, stara się mnie dręczyć, upokarzać i lżyć. Sądziłem, że przez wzgląd na moją pracę przestanie mnie prześladować, że będę miał choć w dzień świąteczny chwilkę dla siebie, że się będę mógł czego nauczyć... Ale nie! im więcej pracuję, tem więcej wali na mnie roboty i powiada, że chociaż milczę, widzi siedzącego we mnie djabła, którego musi wypędzić... Ma słuszność, niedługo ten djabeł wyjdzie ze mnie, ale z jego wyjścia nie wiem, czy się pan ucieszy...
— Boże mój, cóż poczniemy? — zawołała Elżbieta z rozpaczą.
— Niedawniej jak wczoraj — opowiadał Jerzy — składałem kamienie na wózek; synek jego, stojąc przed koniem, trzaskał z bicza i straszył biedne zwierzę. Poprosiłem go jak najgrzeczniej, ażeby przestał trzaskać. Lecz to dodało mu tylko otuchy, trzaskał mocniej i częściej; jam go znowu poprosił, a on zwróciwszy się do mnie, zaczął mnie chłostać; a gdym go powstrzymał za rękę — dalejże wrzeszczeć, kopać mnie nogami, a później pobiegł do ojca i oskarżył, żem go wybił. Stary przyleciał jak wściekły, wołając: „Ja cię, łotrze, nauczę, kto tu twoim panem!“ Przywiązali mnie potem do drzewa, narżnęli rózg i pozwolili paniczowi bić mnie, póki się nie zmęczy... Długo się pańskie dziecko tak mną bawiło... ale mu to popamiętam!...
Gdy to mówił, twarz jego pokryła się chmurą, a oczy błyszczały takim złowieszczym ogniem, że Elżbieta zadrżała z przestrachu.
— Kto go zrobił moim panem, niech mi powiedzą!
— Myślałam zawsze, że powinnam ulegać swojemu panu i pani, bom chrześcijanka.
— Co do ciebie, może masz słuszność. Oni cię wychowali, jak własne dziecię, karmili cię, odziewali, obchodzili się z tobą łagodnie, uczyli cię... to wszystko daje im pewne prawo do ciebie. Ale ja, to rzecz inna! Szturchańce i rózgi, łajania i przekleństwa... to panu swemu zawdzięczam. Stokroć mu zapłaciłem koszta mojego utrzymania: a dłużej już wytrzymać nie mogę... nie, nie chcę! — zawołał Jerzy, marszcząc brwi i ściskając pięści.
Elżbieta stała drżąca, nie mogąc wymówić ani słowa. Nie widziała biedna męża nigdy jeszcze w takim stanie. Wzbudzone namiętności wy-