Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/203

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


jaskrawemi głoskami, niedającemi się zatrzeć, ideę cudownej doskonałości duszy ludzkiej. O! z jaką czcią, z jakiem drżeniem patrzałem w tę anielską twarz, kiedy wskazując mi niebo, zasiane gwiazdami, mówiła: „patrz Augustynie, widzisz te gwiazdy, one wszystkie przeminą, ale dusza człowieka, dusza najlichszego nędzarza, ostatniego z naszych niewolników istnieć będzie! bo dusza jest nieśmiertelna!“
Matka moja miała kilka bardzo ładnych starych obrazów, które silne na mnie robiły wrażenie, szczególniej jeden z nich przecudowny, przedstawiał Jezusa Chrystusa uzdrawiającego ślepego. „Patrz mój Augustynie, — mówiła mi, pokazując obraz, — ślepy jest odrażającym nędzarzem, biednym, i właśnie dlatego nie chciał go uzdrowić zdaleka, lecz przywołał i włożył nań ręce Swoje. Spamiętaj to sobie dziecię“. O! gdyby i Pan Bóg dozwolił mi wychować się przy niej, byłbym innym człowiekiem, lepszym... Lecz inaczej się stało: jam się rozstał z matką w trzynastym roku życia i już jej więcej nie ujrzałem.
I Saint-Clare ukrył twarz w obu dłoniach, milczał czas jakiś, potem podniósł głowę i mówił dalej:
— Jak słabą, jak wątłą jest cnota ludzka, od jak drobnych zależy okoliczności! Szerokość, długość, położenie geograficzne w połączeniu z wrodzonemi skłonnościami, — wszystko należy od przypadku. Naprzykład, wasz ojciec, kuzynko, zamieszkał w stanie Wermont, gdzie wszyscy są wolni i równi, przyłączył się do partji abolicjonistów i uważa nas prawie za pogan. A jednak przez swe skłonności, przyzwyczajenia, jest kubek w kubek podobny ojcu mojemu. Widzę w nim tego samego ducha dumnego, hardego, lubiącego panować. Wiesz doskonale, że niepodobna przekonać niektórych mieszkańców twojej wsi, że dziedzic wioski Saint-Clare nie uważa się za coś wyższego od nich; chociaż więc ojciec twój przejął się zasadami demokratycznemi, przecież w duszy, to dumny i wyniosły arystokrata, to portret mego ojca, który władał nad pięciu do sześciu set niewolnikami.
Panna Ofelja chciała zaprzeczyć i odłożyła robotę na stronę, lecz Saint-Clare nie dając jej czasu, mówił dalej:
— Wiem, co chcesz mi zarzucić. O nie! ja nie mówię, że oni we wszystkiem są sobie podobni. Jeden znalazł się w położeniu, gdzie wszystko się sprzeciwiało jego naturalnej skłonności; drugi zaś — gdzie wszystko jej sprzyjało; pierwszy więc został upartym demokratą, drugi — upartym, dumnym arystokratą. Lecz gdyby obaj mieli plantacje w Luizanie, byliby wówczas tak sobie podobni, jak dwie kule wylane z jednej formy.
— Uchybiasz im, mój Augustynie, — rzekła panna Ofelja.
— Wcale nie myślę im uchybiać — odpowiedział Saint-Clare — zresztą, wiesz dobrze, moja kuzynko, że temu sprzeciwia się cała moja natura.
— Ojciec mój umierając zostawił całą swą fortunę do naszego podziału. Niema pod słońcem duszy szlachetniejszej, człowieka wspaniałomyślniejszego, jakim jest Alfred w stosunkach z sobie równymi. Ukończywszy więc cały interes, z łatwością zadziwiającą, bez żadnego nieporozumienia, bez najmniejszej sprzeczki, postanowiliśmy rządzić