Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/194

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Zdaje się, że słyszałam coś o Zbawicielu, o sądzie, o piekle. O tak, słyszałam.
— Czy ci nikt nie mówił, jak Pan Jezus nas grzesznych kochał, jak umarł za nas.
— Nie, nic o tem nie wiem; od śmierci mego męża nikt mnie jeszcze nie kochał.
— Skąd jesteś? — spytał Tomasz.
— Z Kentucky. Należałam do człowieka, który pozwalał mi wychowywać moje dzieci, aby je potem sprzedać; na ostatku i mnie sprzedał handlarzowi, który znowu odprzedał mnie dzisiejszemu mojemu panu.
— Co cię skłoniło do picia? — spytał Tomasz.
— Nieszczęście, bieda! Gdy tu nastałam, miałam dziecię i sądziłam, że mój pan, który nie był handlarzem, zostawi mi je. Ach, jaki to był prześliczny, tłuściutki chłopczyk! a nigdy nie płakał! Pani moja z początku bardzo go kochała. Lecz gdy zachorowałam sama na gorączkę, straciłam pokarm i mój malutki zaczął okropnie chudnąć, bo pani nie chciała kupować mleka. Napróżno mówiłam, że nie mam w piersiach pokarmu, ani słuchać nie chciała; odpowiadała mi, że mogę je karmić tem, co wszyscy jedzą... i biedne małe jagniątko tak schudło, że strach było patrzeć, zostały tylko kosteczki i skóra... dzień i noc ciągle krzyczało... To nudziło moją panią; gniewało ją, mówiła, że psuję swego synka, że chciałaby, aby umarł... Zabraniała mi mieć go przy sobie, utrzymując, że z przyczyny jego po całych nocach nie śpię, i dlatego niepodobna, abym należycie ją obsłużyła. Kazała mi spać w swoim pokoju, a synka mego musiałam zanieść na śpichrz, gdzie biedaczek nieustannie krzyczał... i umarł... Zaczęłam pić dla zagłuszenia jego krzyku, który ciągle rozlegał się w moich uszach. Piłam i pić będę, choćby to mnie zaprowadziło do piekła. Pan mój mówi, że pójdę do piekła, a ja powiadam, że już jestem w piekle!
— O biedna ty! Nikt ci nie mówił, że Chrystus Pan ciebie kocha i śmierć dla ciebie poniósł? Nikt ci nie mówił, że przyjdzie dopomóc tobie, że możesz pójść do nieba i tam dusza twoja się uspokoi i będziesz szczęśliwą.
— Ja... do nieba? Jakim sposobem mogłabym tam trafić! — rzekła staruszka. — Tam idą biali; przypuśćmy, że mnie złowią i tam jeszcze? O! wolę iść do piekła, skończyć i nie mieć więcej ani pana ani pani. O tak, tak, wolę iść do piekła, — rzekła biedna kobieta i biorąc koszyk na głowę, oddaliła się zwolna, stękając i złorzecząc.
Ze smutną, zwieszoną głową wrócił Tomasz do domu. Na dziedzińcu spotkał małą Ewę z gierlandą hiacyntów na głowie, z okiem radośnie promieniejącem.
— Nakoniec znalazłam cię, Tomaszu; ojczulek pozwolił mi przejechać się trochę, załóż więc kucyki do nowego kocza. Ale Tomaszu, co ci to? dlaczegoś taki smutny? — spytała z głębokiem uczuciem Ewunia.
— Prawda, panienko, mam smutek, — odrzekł Tomasz; — ale zaprzęgę natychmiast.