Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/179

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— A gdy chybisz? — spytał Jim.
— Nie chybię — odrzekł Jerzy spokojnie.
— Odważny z niego młodzieniec! — wyrzekł sam do siebie Fineasz.
Po wystrzale Marksa, nieprzyjaciele zdawali się chwilę wahać.
— Sądzę, że kula nie chybiła, słyszałem krzyk.
— Ja idę wprost na górę; nigdym się nie lękał tych psów i nie ulęknę się ich teraz. Kto idzie za mną? — zawołał Loker i puścił się na skały.
Jerzy słyszał doskonale te słowa, obejrzał swój pistolet, wziął na cel punkt szczelinę, gdzie pierwszy, któryby chciał wejść na skałę, musiał się zjawić.
Jeden z odważniejszych poszedł za Lokerem, a za tym, pobudzeni przykładem, rzucili się wszyscy jeden za drugim naprzód, popychając idących przodem i zmuszając ich do większego pospiechu, aniżeli sobie ciż życzyli. Wkrótce ukazała się w szczelinie olbrzymia postać Lokera.
Jerzy dał ognia, — kula ugodziła go w prawy bok, lecz chociaż ranny, nie cofnął się, i wydając nieludzki ryk, przeskoczył z wściekłością rozjątrzonego bawołu przepaść.
— Przyjacielu! tyś nam tu niepotrzebny! — zawołał Fineasz, zjawiwszy się nagle przed Lokerem, i silnym kułakiem strącił go w przepaść.
Spadł z góry trzydzieści stóp wysokiej, tłucząc się o kamienie, drzewa i stare pniaki. Byłby zabił się niechybnie, gdyby nie był zahaczył połą surduta o gałęź, tuż blisko dna przepaści, co pęd jego znacznie osłabiło.
— Niech Bóg broni! a to szatani, nie ludzie! — zawołał Marks, zawróciwszy ze skały z o wiele większym pospiechem, aniżeli na nią się wdrapywał. Inni poszli za jego przykładem, uciekając, ile komu sił starczyło; a najbardziej zmykał ów tłusty konstabler, dysząc i kaszląc od zmęczenia.
— Pospieszcie na pomoc Lokerowi i podnieście go — rzekł Marks — a ja skoczę tymczasem na konia i postaram się o pomoc. I nie zważając na szyderstwa swoich towarzyszów, puścił się galopem ku drodze.
— Czy widział kto tak podłego tchórza? — odezwał się jeden z bandy. — Ściągnął nas tutaj dla własnej korzyści i uciekł, zostawiając nas samych.
— Będziemy musieli go jednak podnieść — zauważył inny — chociaż dali Bóg, mało mnie to obchodzi, czy żyje lub nie żyje.
Przedzierając się między pniami i krzakami, doszli do miejsca, gdzie leżał Tomasz Loker, jęcząc i złorzecząc na przemian.
— Jęczysz okropnie, człowieku — odezwał się pierwszy doń zbliżający. — Bardzoś się potłukł?
— A czyliż ja wiem? Pomóżcie mi wstać. Oj! oj! przeklęty Kwakier. Gdyby nie on, wszystkich byłbym pospychał na dół, ażeby wiedzieli, jak to przyjemnie.
Z wielką trudnością postawili na nogi rannego bohatera i powoli, podtrzymując go pod ramiona, zaprowadzili na miejsce, gdzie stały konie.
— Zawieźcie mnie z powrotem do gospody, którąśmy minęli. Daj-