Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/143

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— No, dobrze; ja zaraz przejrzę sama twą skrzyneczkę: naparstek, wosk, dwie łyżki, scyzoryk, nożyczki, igielniczek — wszystko w całości. Teraz postaw to tutaj. Co też robiłaś, jadąc sama z tatką? Mnie się zdaje, że wszystko porozsiewałaś po drodze.
— Tak, ciociu, zgubiłam wiele rzeczy, a za każdym razem, skoro się gdzie zatrzymaliśmy, tatko kupował mi inne.
— Panie Boże! ale do czegóż to podobne, moja Ewuniu?
— To było bardzo dogodnie, ciociu.
— To było niedbalstwo! — zauważyła ciocia.
— Obaczże ciociu, co teraz począć? — rzekła Ewunia. — Ta waliza tak mocno napchana, że żadną miarą nieda się zamknąć.
— Musi się zamknąć, — odparła ciocia i poczęła wpychać rzeczy, przyciskając je z wierzchu kolanami; lecz pomimo wysiłku zawsze pozostawała szpara.
— Stań tutaj, Ewuniu — rzekła panna Ofelja. — Co można była raz zrobić, to i drugi raz da się. Waliza na to zrobiona, żeby się zamykała, więc musi się zamknąć.
I w istocie, rzeczy jak gdyby się skurczyły, zameczek się zasunął i panna Ofelja, przekręciwszy klucz z miną triumfującą, włożyła go do kieszeni.
— No, teraz wszystko gotowe. Gdzie twój tatko? Zdaje mi się, że już czas najwyższy wynieść bagaże na pokład. Obejrzyj się, czy go gdzie nie zobaczysz.
— Ot tam stoi, ciociu, i je pomarańczę.
— Zapewne nie wie, że dobijamy do brzegu, — rzekła ciotka. — Czyby nie lepiej było, żebyś pobiegła i powiedziała mu o tem?
— Ojczulek nigdy się nie spieszy, — odrzekła Ewunia; — jeszcze do brzegu też nie dopłynęliśmy. Proszę cię, ciociu, wyjdźmy na pokład. Ot tam, na tej ulicy, to nasz dom.
W tej chwili statek, ciężko sapiąc i stękając, jak potwór zmordowany długim biegiem, gotował się zająć miejsce w środku mnóstwa swoich towarzyszów, odpoczywających w przystani. Ewa uradowana, pokazywała ciotce wieże i kopuły kościołów i innych budowli, po których poznawała swoje rodzinne miasto.
— Tak, tak, moja duszko, — odpowiedziała z roztargnieniem panna Ofelja. — Ale cóż się z nami stanie? Statek się już zatrzymał; a ojca twego nie widać.
W tej chwili rozpoczął się zgiełk i zamęt, towarzyszący zwykle wylądowaniu; faktorowie biegają w różne strony, mężczyźni odbierają paki, skrzynki, worki; kobiety pomięszane, z obawą przywołują do siebie dziatwę, — i wszystko ciżbą pcha się w tę stronę, gdzie na brzeg rzucono deskę.
Panna Ofelja usiadła z powagą na tej samej walizie, nad którą niedawno odniosła tak świetne zwycięstwo, i nadawszy wszystkim swym kufrom i węzełkom szyk bojowy, wyglądała, jak gdyby chciała ich bronić.
— A waliza pani? Czy pani rozkażesz wziąć tę walizę? Proszę mi pozwolić, ja wezmę rzeczy pani. Czy pani rozkażesz zanieść? — Takie pytania sypały się ze wszystkich stron na bezbronną pannę Ofelję.