Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/130

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


zjawiskiem nadzwyczajnem. I kiedy ta prześliczna twarzyczka ukazywała mu się nagle z za czarnej bawełną wypchanej paki, zdawało mu się, że to aniołek, który potrafił umknąć z obrazków zdobiących jego książkę.
Często błąkała się ona smutnie około miejsca, w którem gromada pana Haleya, złożona z mężczyzn i kobiet, spoczywała skuta w łańcuchy. Wbiegała nieraz pomiędzy tych nieszczęśliwych, patrzała na nich z bolesnem uczuciem, próbowała podjąć swojemi drobnemi rączkami ich ciężkie łańcuchy, a potem oddalała się z westchnieniem. Wkrótce przybiegała znowu, przynosząc cukier lodowaty, orzechy, pomarańcze, i wszystko to rozdzielała pomiędzy biedaków, współczując ich niedolę i pocieszając, jak na to jej dziecięce serduszko pozwalało, i znowu znikała...

Jak imię panience? — zapytał pewnego razu Tomasz...

Tomasz spoglądał długo na dzieweczkę, nim się ośmielił z nią się zaznajomić. Umiał on nieskończoną ilość sztuk i figlów dla zabawy dziatek i postanowił użyć tych sposobów dla zwrócenia na się uwagi dziecka. Zręcznie wyrabiał z pestek wiśniowych malutkie koszyczki, ze skorupy kokosowych orzechów robił pocieszne figurki, a z rdzenia bzowego skakających pajaców, z drzewa bzowego fleciki, piszczałki itd.